Reaktywacja. I znowu o braku pokory

Minęły już dwa miesiące, od kiedy Basia do nas dołączyła. Dwa miesiące to dużo, jak na urlop od pisania. Klawiatura zaszła kurzem. Wracam.

Ludzie mają różne strategie, gdy wiedzą, że zbliża się moment narodzin dziecka. Jedni tworzą rozmaite scenariusze, budują schematy zachowań, próbując przewidzieć wszystko, co się da. Zapewne po to, aby uniknąć zaskoczeń, konieczności spontanicznej gry z nową rzeczywistością i wynikających z niej komplikacji. Taka strategia jest z pewnością niegłupia, na pewno – bezpieczna. Ja zawsze byłem marnym planistą, preferowałem akcje spontaniczne, co czasem niosło pewne ryzyko wynikające z natury freestyle’u. Pozostałem temu podejściu wierny i tym razem. Dodatkowo, dwuletnie obcowanie z dzieckiem nauczyło mnie, że planowanie czegokolwiek ma wymiar czysto teoretyczny i rzadko skutkuje jakimkolwiek spotkaniem z rzeczywistością. Aby uniknąć niepotrzebnych frustracji, zdecydowałem się czekać na narodziny Basi bez wyraźnych akcji przygotowawczych.

Obyło się bez nadmiaru stresu. Włączyła się pierwsza faza próżności (przecież mamy już dziecko, wiemy, co i jak; proste – ?), na etapie ciąży – niegroźna i niepodlegająca weryfikacji przez rzeczywistość. Gdy termin porodu się zbliżał, stres narastał, był jednak związany głównie z logistyką związaną z Zu, czyli: jak to wszystko zorganizować, aby nie kojarzyła potem narodzin Basi z nerwową bieganiną, wrzucaniem jej na szybko do dziadków, bez czasu na spokojne wytłumaczenie, gdzie właśnie wybiera się G., co się tam zdarzy i dlaczego nam się tak bardzo śpieszy. Szczęśliwie udało się, dziękować Bogu za czas, który nam dał, aby wszystko ogarnąć i bez korków dojechać do szpitala na czas.

Gdy Basia dołączyła, ale wraz z G. wciąż rezydowała w szpitalu, moim priorytetem było zaopiekowanie się Zu tak bardzo, jak tylko potrafiłem. Były rozmowy, przytulenia, uważnie dobrane słowa, mające zachęcić ją do zaakceptowania nowej rzeczywistości. Gdy produkowałem te treści i serwowałem je Zu, miałem wrażenie, że nadaje im rangę porównywalną z tym, że pies właśnie spadł z kanapy albo że kanapka jest z serem, a powinna być z dżemem. Może poziom abstrakcji był zbyt wysoki. Nie wiem. W każdym razie reagowała spokojnie, bez rozpaczy. Wszyscy przygotowywaliśmy się na pierwsze spotkanie w komplecie, w domu. W końcu przyjechaliśmy. I co?

Patrzyliśmy w napięciu, co się wydarzy. Zu podeszła do nosidła, spojrzała, poszła do pokoju po zabawkę, przekazała ją Basi, uśmiechnęła się. Pomyślałem – jest świetnie, lepiej, niż się spodziewałem, te wszystkie historie, które się słyszy, są na wyrost. I włączyła się u mnie druga faza próżności – „MY sobie na pewno poradzimy, JA ogarnę, przecież jestem świadomym rodzicem”. Gdy mój mózg zalewała fala samozadowolenia, G. przystawiła Basię, aby zaserwować jej pierwszy posiłek w warunkach domowych. Patrzyłem na nie, próżność uśpiła czujność, patrzyłem wciąż pogrążony w klimacie idylli. I do akcji wkroczyła Zu. Gdy zorientowała się, że Basia jest czymś więcej niż interaktywną lalką, że ma taki dostęp do G., jaki dotąd miała tylko ona – dostała szału. Jej histeria błyskawicznie wyrwała mnie z otępienia. To był prawdziwy kubeł zimnej wody, cała cysterna, która wylała się nam na głowy. Chcieliśmy uspokoić Zu i zapanować nad sytuacją, położyliśmy się razem na łóżku. Zły pomysł – Zu zaczęła wierzgać nogami ze złości, mało co nie zrobiła Basi krzywdy.

Po kilku chwilach ochłonęliśmy. Myślę, że to się musiało stać, aby wzbudzić w nas zdroworozsądkowe myślenie o bezpieczeństwie w takich sytuacjach. Gdyby nie ten trudny debiut, może popełnilibyśmy poważniejszy błąd. Kto wie. W każdym razie po kilku dniach Zu nabrała spokoju. Czasem wkurza się na niemowlaka. Normalna rzecz. Jest jednak dość bezpiecznie, staramy się budować w niej umiejętności wyładowywania złości w sposób, który nikomu nie zagraża. Niełatwa rzecz – wielu dorosłych, świadomych ludzi ma z tym przecież problem, a co dopiero dwulatka. Ale trzeba wierzyć, że się uda.

Wbrew klimatowi tego wpisu zapewniam, że jest fajnie. Trudno, ale fajnie. Dlaczego trudno? To temat na wiele innych wpisów. To be continued.

basia misiek

Zu i ludzie

Gdy dziecko rośnie, jednym z ciekawszych doświadczeń jest obserwacja relacji, jakie mikrus nawiązuje z otoczeniem. Gdy Zu była zupełnie mała, liczyła się niemal tylko G. Wiadomo – matka. Urodziła, karmi, opiekuje się, więc żółta koszulka lidera należy się bez gadania. Potem długo, długo nic. Na drugiej pozycji, w znacznym oddaleniu od G., majaczył ojciec. Trzeba było z pokorą znieść tą dyskryminację. Dystans malał, gdy G. wyjeżdżała na weekend do Krakowa – to był czas na budowanie mojej samodzielnej relacji z Zu. Chwilowy brak konkurencji istotnie ułatwiał to zadanie. Pozostali ludzie – cóż, byli, pojawiali się i znikali, miałem wrażenie, że w rozumieniu Zu niewiele się różnili od drzewa, samochodu czy nieba. Byli światem zewnętrznym, który można poobserwować, dotknąć, powąchać czy ugryźć w ramach szeroko rozumianego procesu poznawczego. Na relacje było jednak za wcześnie.

Po pewnym czasie ludzie stali się szczególnie interesujący. Zaczęły się interakcje, patrzenie w oczy, reagowanie. Podstawowym środkiem komunikacji stał się uśmiech, wysyłany hurtowo wszystkim – dziadkom i babciom, ciotkom i wujom, znajomym wszelkiej maści, pasażerom w autobusie, pani w warzywniaku czy dozorcy. Działała zasada „uśmiech za uśmiech” – Zu wtedy odkryła, że ma moc sprawczą i może z własnej inicjatywy budować relacje. Budowy pochłaniają czasem ofiary – tak też jest w tym przypadku. Ofiarami są osoby, które Zu upatrzyła sobie szczególnie i w jej rozumieniu posiadła je na własność. To swego rodzaju odrodzenie niewolnictwa – niemowlak, gdy przebywa ze swą ofiarą, próbuje zawładnąć jej czasem, uwagą i aktywnością i w żaden sposób nie potrafi zrozumieć i zaakceptować odmowy. Gdy ofiara nieśmiało sygnalizuje, że ma inny pomysł na daną chwilę i, dajmy na to, nie chce siedzieć z Zu w tipi, spotyka się z polityką „zero tolerancji” wobec odmowy, czyli darciem paszczy na cały głos i rozpaczą, jakiej świat nie widział.

Duży przełom nastąpił, gdy Zu zaczęła chodzić. Zauważyła wtedy inne dzieci. Zorientowała się, że istnieją i mogą być interesującą alternatywą dla przeglądania po raz setny tej samej książeczki, nękania tej czy innej osoby czy zalegania na umęczonych ramionach G. Dzieci są atrakcyjne – ruszają się, wydają różne dźwięki, można je zaczepiać, naśladować, szturchać, zabierać im zabawki. Dużo się dzieje. Dlatego od pewnego czasu Zu nie daje spokoju dzieciom, które znajdują się w jej zasięgu. Lata za nimi, kopiuje ich zachowania, prywatyzuje ich własność, doprowadzając do rękoczynów. Ostatni czas to dynamiczny rozwój relacji rówieśniczych. Podobieństwa łączą – ten sam wzrost, poziom rozwoju, kumacji i zainteresowań. Podobne zabawki, podobne zajawki. My też odkrywamy świat na nowo – gdy są dzieci, zaaferowana Zu zwalnia nas z obowiązku świadczenia usług rodzicielskich, możemy zniknąć. To wielki komfort. Nasza rola ogranicza się wtedy do bieżącego monitoringu sytuacji pod kątem zagrożeń wypadkowych.

Gdy Zu spotyka na swojej drodze starsze dzieci, stara się wykorzystać ich obecność na 100%. Eksploatuje je do granic wytrzymałości. Starsze dzieci zazwyczaj mają sporo ciekawych alternatyw do biegania za niemowlakiem, więc w zależności od poziomu cierpliwości usiłują prędzej lub później, bardziej lub mniej dyskretnie pozbyć się jej towarzystwa. Ona sama w ogóle nie bierze takiej ewentualności pod uwagę i lata za nieszczęśnikami do upadłego, zamęczając ich konsekwentnie. Zu doskonale się bawi, niespecjalnie biorąc pod uwagę koncepcje innych uczestników tej sytuacji. Czasem udaje się jednak znaleźć takie zajęcie, które choć na chwilę będzie atrakcyjnym wspólnym mianownikiem dla kilku grup wiekowych. Bez wyrzeczeń z żadnej strony. Tak się stało swego czasu na imprezie rodzinnej, gdzie mikrusy w wieku 2-8 lat zasiadły wspólnie do pianina. Jak widać, wytwarzanie kakofonii to rozrywka na tyle atrakcyjna, że różnica wieku przestaje mieć znaczenie.

dzieci przy pianinie

Potem nastaje czas na pierwsze przyjaźnie. Zu jest jedynaczką, więc nie ma możliwości codziennego obcowania z innym dziećmi. Ma jednak M., syna naszych przyjaciół. Spędzamy wspólnie dużo czasu, więc dzieci znają się świetnie. Zawsze mam wrażenie, że gdy są razem, Zu dostaje turbodoładowania rozwojowego. Dzieci wzajemnie się nakręcają, podłapują podobne zajawki, wspólnie się wygłupiają, same wymyślają sobie zabawy. Rodzice stają się powoli zbędni. M. lepiej gada, więc motywuje Zu do rozkręcania komunikacji werbalnej. Zu jest bardzo sprawna fizycznie, więc dzieci ćwiczą mięśnie poprzez rozmaite spontaniczne zabawy ruchowe. Dużo się dzieje. Relacja jest już na tyle trwała i świadoma, że Zu często w domu pyta o M., żąda od nas, abyśmy jak najszybciej jej go dostarczyli. Gdy to niemożliwe, robi się smutna. Wtedy przynosi swoją tablicę magnetyczną i każe mi narysować M., aby choć w ten sposób mogła spędzić z nim wspólny czas. Ostatnio wracając do domu spotkałem ją w drzwiach – gdy je otworzyłem, zastałem Zu wyczekującą, z uśmiechem na twarzy. Gdy mnie zobaczyła, posmutniała i poszła sobie. Zapytałem G., o co chodzi. Zu myślała, że to M. To dla mnie bolesna nowość – moja córka pierwszy raz mnie spławiła. Może powinienem się przyzwyczajać. Za jakiś czas będzie trzeba się z tym mierzyć dzień w dzień.

Od nowa

Tata w budowie wystartował, gdy Zu miała rok. Budowa wciąż trwa i trwać będzie. Zu jest przyjazna i sprawia, że te wspólne miesiące widzimy jako niezmiernie ciekawy, budujący naszą rodzinę czas. Oczywiście – bywa trudno, zresztą nie raz o tym pisałem. Ale tak najwyraźniej jest z wszystkim, co ma istotną wartość – trzeba swoje zapłacić.

Na tyle nam się spodobało, że zdecydowaliśmy się dalej inwestować w tą budowę.

Niebawem urodzi się Basia.

Nie planujemy nic ponad to, co konieczne. Doświadczenie dwuletniej koegzystencji z Zu nauczyło nas, że 95 procent rozmaitych planów można swobodnie umieścić w koszu. Życie i tak zweryfikuje wszystko po swojemu. I dobrze – uczymy się dalej. We czwórkę będzie raźniej, ale i trudniej, nie mam wątpliwości. Nie wiem, czy będzie sen czy też nie. Pewnie gdy jedna zaśnie, druga ją obudzi. Pewnie gdy jedna będzie chciała wyjść, druga właśnie się czymś wysmaruje i trzeba będzie ją kąpać. Pewnie Basia będzie miała zupełnie inny temperament i zwyczaje, niż Zu. Pewnie wszystkie patenty, które wymyśliliśmy obsługując Zu, nie będą działać w przypadku Basi. Pewnie Zu będzie miała problem z akceptacją nowej sytuacji, gdzie nie ma już monopolu na rodziców. Pewnie pies będzie miał myśli samobójcze, gdy zobaczy drugie dziecko w domu. Pewnie będzie ciekawie. Na pewno będzie. Wiem jedno – inspiracji nie zabraknie. Mam nadzieję, że czasu też nie, dzięki czemu Tata w budowie będzie żył dalej. Inwestujemy, inwestujemy.

zu kosz

Zu vs Kozak – próba sił

Dziecko + pies – kolejny odcinek serii.

To wciąż przyjaźń, ale szorstka, niczym skołtuniona sierść Kozaka. Pies w tej relacji jest na pozycji przegranej, choćby dlatego, że Zu wciąż – i to szybko – rośnie, a suka nie. Zmieniają się wzajemne proporcje, Zu z każdym dniem silniejsza i bardziej ciekawa, do jakich zachowań może się posunąć. Pies przestaje stosować taryfę ulgową. Walka gatunków.

Kozak stosuje wobec Zu zasadę ograniczonego zaufania. To prosty wniosek z wzajemnych doświadczeń. Aktualny repertuar Zu w zakresie męczenia zwierząt wygląda następująco:

1. Metoda „uśpij czujność”. Podchodzi do psa, głaszcze czule, coś bzyczy pod nosem. Pies wtedy relaksacyjnie się rozkojarza. Zu w pewnej chwili zatrzymuje dłoń zagłębioną w psich kudłach i szybkim ruchem wyrywa garść kłaków. Trzyma dłoń w górze z sierścią niczym trofeum. Na nasz wrzask nie reaguje w ogóle. Próbujemy ratować psa, próbujemy ratować Zu przed psimi zębami, bo Kozak traci cierpliwość i zaczyna prezentować wadę zgryzu połączoną z ostrzegawczym sygnałem akustycznym.

2. Metoda „na partyzanta”. Zu zaczaja się, podbiega do Kozaka i strzela Bogu ducha winnego psa z otwartej lub szarpie za ogon, po czym natychmiast wycofuje się w bezpieczne miejsce. Reakcja – jak wyżej.

3. Metoda „na misia”. Podchodzi i zaczyna popisywać się swą wiedzą z zakresu psiej anatomii. Pokazuje, jak na miśku, gdzie Kozak ma oko, gdzie drugie, gdzie nosek, gdzie ucho. Gdy spodziewamy się, że pokaże, gdzie jest drugie ucho, nagle, bez ostrzeżenia, chwyta z całej siły za to biedne ucho i wykręca je w trąbę. Pies warczy wściekle i patrzy na Zu z nienawiścią.

Kozak, jak na swój trudny charakter, zachowuje się i tak nieźle. Stara się dziecka nie gryźć, jednak, jak każda istota, ma swoje granice. Pewnego dnia, gdy mikrus przekroczył wszelkie normy współżycia, pies zainicjował czynną walkę o swoją integralność cielesną i dziabnął Zu w dłoń. Niezbyt mocno, ale tak, aby poczuła. Dziecko spojrzało ze zdziwieniem na ślad na skórze, zadało standardowe pytanie: „co tooooo???” i przeszło nad tym do porządku dziennego. Zero wniosków. Nie mamy już koncepcji, jak zniechęcić Zu do tych praktyk, mam wrażenie, że nic do niej nie dociera, a całą sprawę uważa za świetną zabawę.

Oprócz wyżej opisanych sytuacji kryzysowych obserwujemy też liczne plusy tej trudnej relacji. Zu wypracowuje w sobie odruchy altruistyczne, jej misją jest dbanie o właściwą dietę psa. Zawsze dzieli się z nią swoim jedzeniem, szczególnie, gdy nie widzimy. Gdy czasem zostawiamy ją z miską z jedzeniem, po kilku chwilach zachwycamy się naszym kulinarnym kunsztem, potwierdzonym szybko opróżnionym naczyniem. Następnie do naszych uszu dochodzi głośne mlaskanie psa, pod stołem łapczywie wsuwa cały posiłek Zu, która postanowiła się podzielić. Czasem zresztą biesiadują wspólnie – ostatnio nakryłem Zu, gdy siedziała naprzeciw psa z drożdżową bułką w ręku. Jeden gryz dla niej, jeden dla Kozaka i tak w kółko. Nie stosujemy sterylnego chowu, ale to już przesada i kuszenie losu, zwłaszcza, że Kozak czasem korzysta ze szwedzkiego stołu podczas spacerów. Nie chcecie znać szczegółów. Szczęśliwie Zu odporność odziedziczyła po G. i jak dotąd współistnienie z psem raczej ją hartuje niż wpędza w choroby.

Obie istoty świetnie współpracują na spacerach. Często godzinami latamy wspólnie po lesie, Zu rzuca Kozakowi patyki, Kozak zazwyczaj biegnie z zapałem w dokładnie odwrotnym kierunku, ponieważ w orientacji i refleksie osiągnęła podobną biegłość, jak w dbaniu o higienę osobistą. Suka często wciela się w rolę psa-przewodnika – Zu idzie prawie zawsze tam, gdzie Kozak, co mnie frustruje, ponieważ zazwyczaj to odmienny kierunek od wybranego przeze mnie. Ostatnio pies nagle skręcił w chaszcze, Zu poleciała za nim ślepo. Okazało się, że w owych chaszczach zatrzymała się w celach fizjologicznych pewna pani, która wywąchana przez Kozaka i podejrzana przez Zu została zmuszona do chaotycznej ewakuacji wgłąb lasu.

A Kozak – na moje oko, mimo pewnych plusów, nie jest zachwycona towarzystwem Zu. Z pewnością suka wolała monopol, czyli świat przed dzieckiem. Nie było konkurencji, nie było niezrozumiałej dziecięcej przemocy. Co zrobić, Kozak. Psi los.

zu w lesie2

Wolność!

Znowu to samo. Powrót do wątku usypiania mikrusa. Nie wynika to jednak z braku innych tematów, chwytam się go ponownie, bo świat Zu się w tym aspekcie nieustannie zmienia.

Niemowlak spał dotąd w więzieniu, czyli małym białym łóżku ze szczebelkami. Swoją drogą zastanawiające, czy widzenie świata przez kraty już od wczesnego pacholęctwa nie wpływa czasem na wybór profilu kariery zawodowej. Zu przebywanie za kratami nie odpowiada, od pewnego czasu szarpie za szczeble i denerwuje się.

Z punktu widzenia ojca mebel ten ma fundamentalną zaletę – w założeniu nie da się go opuścić bez pomocy osoby trzeciej. Z punktu widzenia dbałości o poziom wieczornej energii, to rozwiązanie low-cost – nie trzeba ganiać za mikrusem po sypialni. Można spokojnie zalec w fotelu-worku, uruchomić laptopa i robić swoje, zapewniając dziecko, że jest się tuż obok.

Do niedawna Zu akceptowała taki układ. Ja robiłem swoje, tracąc czas na wertowanie facebooka, ona robiła swoje, wydając z siebie rozmaite odgłosy, mieląc prześcieradło z kołdrą, zabawkami, swoim ubraniem i sobą samą. Po pewnym czasie zasypiała, czasem dołączałem.

Ostatnio duch wolności poniósł Zu na tyle, że pewnego dnia postanowiła wyjść. Po prostu. Zarzuciła nogę, podciągnęła się i niczym komandos przeleciała przez barierkę. Szczęśliwie G. chwilowo relaksowała się w fotelu worku, dzięki czemu Zu, skacząc na głowę, nie straciła tej jakże ważnej części ciała w zderzeniu z parkietem. G., mimo drzemki i przebywania w pewnej odległości od rzeczywistości, wykazała się należytym refleksem.

Decyzja była prosta. Ikea szybko rozwiązała nasz problem, kupiliśmy łóżko dla dużych dzieci. Złozyłem, zostałem bohaterem w swoim domu, kupiłem materac, prześcieradło i wszystkie pozostałe takie tam. Przez pierwsze trzy dni pracowałem wieczorami, więc inaugurację przeprowadziła G. Położyła się z Zu, zasnęły obie, po pierwszym przebudzeniu G. wycofała się do naszej sypialni. Poszło.

Po kilku dniach przyszedł mój dyżur. Myślałem nad taktyką. Ścieżka, którą przetarła G., okazała się bezużyteczna – przy mojej posturze i masie byłbym zagrożeniem, zarówno dla Zu, jak i łóżka. Przytargałem więc fotel worek i usiadłem obok, aby czuwać i nie dopuścić do obrażeń. Akcja trwała ponad godzinę. Siedziałem nieruchomo, wielce zmotywowany, aby wspomnienia z pierwszego usypiania w nowym sprzęcie były sukcesem. Zu wariowała, uspokajała się, prawie zasypiała, tuż przed zaśnięciem przypominała sobie, jak robi lew, darła się, wstawała, skakała, znów się kładła, prawie usypiała, przypominała sobie o konieczności kontroli mojej obecności, tatoooooooo!, znów wstawała, tłukła roletą o parapet, kładła się, turlała, kopała w ramę łóżka, ściągała z siebie pajaca, zakładała na siebie pajaca. Zawczasu zgromadziłem, jak sądziłem, wystarczające pokłady cierpliwości, aby przetrwać w spokoju choćby całą noc. Po godzinie zapas stopniał i zacząłem wewnętrznie bulgotać, ale mimo narastającej frustracji zachowywałem kamienną twarz. Powtarzałem co parę chwil „Zu, dobranoc“, jak mantrę, mającą zadziałac jak fachowy anestezjolog. Najpierw spokojnie, potem z rosnącym zniecierpliwieniem. Gdy wycedziłem przez zęby kolejne „dobranoc“, będące w rzeczywistości bardziej groźbą niż zachętą, Zu wychyliła się z łóżka, spojrzała na mnie troskliwie, zaczęła mnie głaskać po twarzy i śpiewać – „lulu, lulu, lulu….“.

Logika niemowlaka – skoro ojciec od dłuższego czasu mówi „dobranoc“ i nic z tego nie wynika, oznacza to, że chce zasnąć, a nie może. Dlatego należy mu w tym procesie pomóc, pogłaskać po głowie i zaśpiewać kołysankę.

I jak tu się denerować na niemowlaka.

zdjęcie 1

Po co to wszystko, czyli początek

stópki i oczyJuż chwilę po urodzeniu się Zu pojawił się pomysł – może zacząć pisać bloga. Bardzo oryginalny pomysł, w tym samym momencie ta sama koncepcja zrodziła się zapewne w głowie miliona ludzi. Ale co tam.

Dużo jest blogów rodzicielskich, dużo jest blogów mam, niewiele jest tych, które opisują rodzicielstwo z punktu widzenia taty. Dlatego zaczynam pisać. Mój cel to opis tak subiektywny, jak się da – nie będę robił testów piętnastu przewijaków. Będę opisywał, jak się spisał ten konkretny na stacji benzynowej w Skarżysku, o ile oczywiście będzie sens o tym pisać. Chodzi mi o to, aby oddać klimat rzeczy dla mnie najważniejszych w procesie taty w budowie, czyli emocji, odczuć, frustracji i radości związanych z pojawieniem się Zu na świecie.

Gdy zaczynam pisać, Zu ma już parę ładnych miesięcy. Trochę czasu i ważnych zdarzeń już minęło, więc raz po raz będę retrospektywnie nurkował w czasy minione, bo przez te miesiące wydarzyło się dużo. Mimo dużej pokusy nie opiszę samego porodu, bo to temat, który po spisaniu zamknąłem w szufladzie – i tam jego miejsce. Zu, jak dorośnie, przeczyta.

Dla kogo ten blog? Dla tych, którzy walczą na podobnym froncie, albo taką walkę w najbliższym czasie przewidują. Dla tych, których ciekawi męski punkt widzenia w temacie nieopierzonego rodzicielstwa. Dla każdego, który znajdzie motywację, aby tu czasem zajrzeć. W końcu dla mnie – wreszcie mogę sobie bezkarnie popisać.

Fajnie, jeżeli będziecie śledzić wpisy, fajnie, jeżeli będziecie komentować. Fajnie, aby to żyło, ale to już zależy od Was. Postaram się nie przynudzać.

zuzu i tata