Jak wyjechać na wakacje z dziećmi i zachować zdrowie psychiczne

Nie jesteśmy ludźmi, którzy są mocni w planowaniu. Gdy rodziły się nasze dzieci, nie mieliśmy w głowach gotowego projektu, rozpisanego na najbliższe lata ich życia. Do tej pory nie mamy pojęcia, do jakich szkół pójdą czy jakie zajęcia dodatkowe będziemy im organizować, gdy przyjdzie na to czas. Wieczne odkładanie rozmaitych planów tłumaczymy zazwyczaj piękną ideą spontanicznego podejścia do życia – wtedy jest nam łatwiej pogodzić się z często nas trapiącym osobistym nierozgarnięciem. Podobnie było z tegorocznymi wakacjami – do niedawna nie było żadnego planu, co będziemy robić, gdzie pojedziemy. Zazwyczaj mamy szczęście i w końcu udaje się wymyślić coś, z czego wszyscy jesteśmy zadowoleni – nie inaczej było tym razem. Pojawiła się propozycja ze strony przyjaciół, którzy mają wspaniałego, starego, zabytkowego kampera: bierzcie, jedźcie, korzystajcie. Był do dyspozycji w lipcu, więc bez dłuższego zastanawiania się podjęliśmy decyzję, że jedziemy.

 

Kierunek docelowy – morze. Tam jest dużo piasku, czasem również słońca (choć ci, którzy trafiają na pogodę nad morzem w lipcu to niewielka garstka szczęśliwców), dzieci w piasek się wstawia, tkwią tam z radością godzinami. Rodzice mogą odpocząć fizycznie (ich aktywność ogranicza się do wzrokowego monitoringu stanu bezpieczeństwa i przestrzegania granic wyznaczonej zawczasu strefy) i duchowo (zachłanne pochłanianie pokrytych kurzem lektur, które zabierali ze sobą na wszystkie inne wyjazdy i nie wyjmowali ich nawet z bagażu).

 

Sam kamper – bajka. Niespełna trzydziestoletni Citroën C25. Od zawsze benzyna była istotnym składnikiem mojej krwi, więc siłą rzeczy nie mogłem przepuścić takiej okazji. Stary, klekoczący diesel, oldschoolowe wyposażenie, zasłonki w oknach i wszystko zadbane, w doskonałym stanie. Nienowoczesny charakter tego samochodu determinuje sposób spędzania czasu i podróżowania. Gdy realna prędkość maksymalna to 60, najwyżej 70 km/h, wszystko zwalnia. Przyzwyczajony do robienia czasówek na trasie i ekscytowania się tym, że nad morze przejechałem 20 minut szybciej niż ostatnio, musiałem się mocno przestawić. Natychmiast jednak dostrzegłem, jaką wartość ma powolne przemieszczanie się po Polsce, jak pięknym krajem jest. Jadąc wolno siłą rzeczy unika się autostrad – są bez sensu, gdy jedzie się sześćdziesiąt na godzinę. Sens mają gminne i powiatowe, wąskie drogi, na których nie ma ruchu, a które są tak blisko natury, jak to możliwe. Nagle okazuje się, że dosłownie wszędzie jest coś ciekawego, co można zobaczyć, coś pięknego, czym można się zachwycić. Podróż nad morze zajęła nam trzy dni. Nocowaliśmy w środku lasu, nad jeziorem na Kujawach, potem też nad wodą w Borach Tucholskich. Za każdym razem cieszyłem się jak dziecko z możliwości, jakie daje wożenie domu ze sobą. Wolność – jedynym architektem planu jest to, na co mamy ochotę. Chcemy do cywilizacji? Nie ma problemu, podjechaliśmy do designerskiej mariny w Bydgoszczy na lody, dzieci miały frajdę. Jak najdalej od niej? Na bocznych drogach za Tucholą łatwiej spotkać jelenia, niż inny samochód.

A co na to dzieci? Znając ich temperament i ciekawość świata była duża szansa, że im się spodoba. Nie obyło się jednak bez sytuacji kryzysowych, które na początku naszej podróży wystrzeliły mnie poza granice opanowania i cierpliwości. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że podstawą sukcesu jest dbałość o rytuały i potrzeby dzieci. Nie przewidzieliśmy tego, jak dużą zmianą będzie dla nich przesiadka do domu na kółkach. Ogromna dawka nowych wrażeń, połączona z tradycyjną, wiszącą w powietrzu spiną, która zazwyczaj towarzyszy wyjazdom na wakacje okazały się mieszanką, która przerosła Zu i Basię. Pierwsza noc była koszmarna – młodsza budziła się z krzykiem w środku nocy i nad ranem, starsza budziła się w związku z tym krzykiem. Obie zmęczone i niewyspane dały czadu w trakcie dnia, mi niejednokrotnie puściły nerwy, po czym zawsze mam kaca jak diabli, bo przecież nawet największa histeria nie jest intencjonalnym działaniem dziecka przeciwko nam. To wszystko jednak łatwo zrozumieć, gdy człowiek się uspokoi. W trakcie akcji czasem trudno wyhamować i pojawia się krzyk, gwałtowne gesty i niepotrzebna eskalacja.

 

Gdy emocje opadły i wszyscy dostatecznie zmęczyli się serią wewnątrzrodzinnych eksplozji, wszystko zaczęło wracać na właściwe tory. Receptą na spokój okazała się większa uważność na potrzeby dzieci. Zauważyliśmy, że długa jazda męczy je bardziej niż nas, bo samochód jest głośny i telepie na wybojach. Zaczęliśmy dbać o to, aby spały w swoich porach, bo wtedy miały zupełnie inną energię, a poziom marudzenia spadał do bezpiecznego poziomu. Staraliśmy się nie dopuścić do tego, aby podróżowały głodne. Proste rzeczy. Na tyle proste, że łatwo o nich zapomnieć, gdy dzieje się tak wiele. Utwierdziliśmy się też w przekonaniu, że motywacja czyni cuda. Gdy Zu zaczynała jęczeć mimo, że była wyspana, najedzona i nic szczególnego się nie działo, przypominaliśmy o celu naszej podróży. Zostaliśmy na kilka dni zaproszeni przez znajomych do Dębek. Są rodzicami bliźniaczek, przyjaciółek Zuzy. Wystarczyło jej przypomnieć o nadchodzącym spotkaniu i wszelkie uciążliwości podróży nagle znikały. Wniosek: jeżeli chcesz realnie odpocząć, zadbaj o dobre towarzystwo dla swoich dzieci, a wizja spotkania ulży trudom przemieszczania się po kraju. Dzięki temu zaproszeniu siedzimy właśnie na piasku nad morzem ciesząc się piękną plażą i niezłą pogodą, a dziewczyny latają w pobliżu same organizując sobie czas. Wspaniały widok. Dlatego zamykam laptopa, otwieram książkę i wytrzęsioną w drodze z Warszawy butelkę prosecco. A co. Pan ma relaks.

Tekst opublikowany na portalu oMatko! 

Projekt: Ojciec w Teatrze Kana – po premierze

Przełom września i października oznaczał dla mnie dwudniową emigrację z Warszawy aż do Szczecina. Czemu tak daleko? Chwilowo odrzuciłem postawę typu „ja to w żżżżyciu bym do teatru nie poszedł!”. Rzadko chodzę, ale teraz był powód. Gruby powód. Sztuka o ojcach, w dodatku z niewielkim udziałem mojej pisaniny. Gdy ekipa z Teatru Kana wysłała zaproszenie na premierę, nabyłem drogą kupna bilet PKP i ruszyłem w trasę.

6 godzin pociągiem w jedną stronę to wprost idealny czas, aby popracować i napisać kolejny tekst. Okazało się, że w pociągu nie ma gniazdek, nie mówiąc o internecie. Sprzęty mi padły, padłem i ja, po przebudzeniu uzupełniłem braki w czytelnictwie.

Ale do rzeczy – sztuka. Byłem bardzo ciekaw, jak Mateusz Przyłęcki, scenarzysta i reżyser w jednej postaci, połączy teksty różnych piszących ojców w jedną, spójną całość. Połączył! Udało się dzięki ekspresyjnej, mocnej i prawdziwej grze aktorskiej. Tomasz Grygier, Krzysztof Sanecki i Piotr Starzyński spięli te różne przecież teksty nadając im osobisty, charakterystyczny dla każdego z aktorów wymiar. Nie miałem wrażenia chaosu czy skakania bez końca po urywanych w kółko tematach. Sztuka jest fajnie zbalansowana – jest dużo ognia (głównie płonącego z tekstów Tomka Kwaśniewskiego), sporo typowo męskiego, zdystansowanego i lekko prześmiewczego podejścia do rodzicielstwa, które wszyscy tak lubimy (tyle, ile trzeba – nie za dużo), ale Mateusz znalazł też odpowiednio dużo miejsca na teksty poważne, skłaniające do refleksji, czasem smutne, emocjonalne. Właśnie – emocje. Mimo różnorodności klimatu tego spektaklu, to emocje, przynajmniej dla mnie, wybrzmiewają najsilniej, są najważniejsze. Emocje, relacje, czyli „miękkie” tematy, nad którymi my, faceci, powinniśmy pracować z największą uwagą. Co jednak ważne, postaci narysowane przez reżysera i aktorów nigdy nie przestają być mężczyznami z krwi i kości. Są prawdziwi. I to połączenie zdaje się być największym dla nas wyzwaniem.

Aktorzy grają na pełnej petardzie, z pełnym zaangażowaniem, czego dowodem są ich mokre od wysiłku t-shirty po spektaklu. Widać, że są ojcami, że wiedzą, o co chodzi. Dzięki temu ich postaci są szczególnie wiarygodne.

Element, który najbardziej utkwił mi w pamięci, to mocny, świetny pomysł muzyczny na ilustrację złości i bezsilności mężczyzny wobec sądu, jednoznacznie zorientowanego na prawa kobiety, odcinającego ojca od dziecka. Dla mnie był to najbardziej poruszający moment w całym spektaklu.

Udział moich tekstów w scenariuszu był na tle innych piszących ojców niewielki, co nie zmienia faktu, że czułem się jak u siebie. Dzięki za to całej ekipie Kany.

14445954_510391185836650_2495403170397139459_n

P.S. Kto nie był w Szczecinie, w drogę i ogień! Sama filharmonia to kawał genialnej, błyskotliwej architektury, od której nie mogłem się oderwać. Zjawiskowe.

img_0104

Podróże Zu i Basi: w poszukiwaniu zaginionych księżniczek

IMG_7409

Od kiedy gramy w poszerzonym składzie, o odpoczynek trudno. To zdanie, pozostawione bez komentarza, skończyłoby się szybkim lewym prostym G. skierowanym na moje oblicze, dlatego dołączam komentarz: dwoje małych dzieci w domu to wyzwanie głównie dla mamy. Wiadomo – karmi, jest bliżej, zwłaszcza Basi. Na co dzień mi łatwiej odpocząć, dlatego raz na jakiś czas staram się zabrać dzieci gdziekolwiek, aby zostawić dom w stanie przyjemnej ciszy i harmonii, do której dostosowuje się nawet pies Kozak stwarzając tym samym optymalne warunki do fizycznej i psychicznej regeneracji mojej żony.

Zawsze w takiej sytuacji robię szybki brainstorming zastanawiając się, co zrobić. Można zastosować wariant standardowy, czyli zabrać dzieci i orbitować wokół domu. Nudno. Można zastosować rozwiązanie zawsze entuzjastycznie przyjmowane przez Zu, czyli skok do pobliskiej kawiarni na dripa, soczek jabłkowy i naleśniki, koniecznie z jagodami tato. Już fajniej, ale ile można powielać ten sam scenariusz. Dlatego czasem organizuję eskapady w strony nam nieznane.

Wbrew pozorom nie trzeba szukać daleko – wokół Warszawy jest masa interesujących miejsc, które świetnie nadają się na jednodniowy wypad z bazy. Tym razem, korzystając z chwilowej fazy Zu na księżniczki w dowolnej formie, na celowniku znalazł się Zamek Książąt Mazowieckich w Czersku. A raczej to, co z niego zostało.

Odhaczyłem wyjazdową checklistę, spakowałem wszystkie gadżety Zu i Basi, jedzenie, picie i wszystkie rzeczy niezbędne dzieciom do przeżycia sam na sam z ojcem. Zapakowałem pasażerki do samochodu, potraktowałem Basię smoczkiem co zazwyczaj pomaga jej w szybkim tempie pogrążyć się w śnie i zaczęliśmy z Zu rozprawiać na temat możliwych scenariuszy. Uświadomiłem ją, że w zamkach mieszkają księżniczki, co rozwiało wszelkie wątpliwości co do celowości tej wycieczki. Od tej chwili Zu kilkanaście razy przypomniała mi, że jedziemy szukać księżniczek i czy na pewno o tym pamiętam. Uruchomiła swój wirtualny telefon i przeprowadziła kilka wirtualnych rozmów telefonicznych, uświadamiając obie babcie, O. i ciocię N, że właśnie wybiera się na wyprawę w poszukiwaniu księżniczek. Obie dziewczyny zafundowały sobie regeneracyjną drzemkę w drodze. Dojechaliśmy.

Zu nałożyła swój futrzany kubrak i słoneczne okulary (moja ulubiona, ekstrawagancka stylizacja), zapakowałem Basię w nosidło i ruszyliśmy w stronę zamku.

IMG_7408

Minęliśmy Pana Po Przejściach, który chwilowo trudnił się sprzedażą waty cukrowej („jak ma na imię ten wujek tato?”) i weszliśmy na dziedziniec, który był pełen postaci odzianych w stroje z epok dawnych, co bardzo zainteresowało Zu. Stanęła przed jedną z takich osób i zaczęła bez słowa się w nią wpatrywać, co zawsze wprowadza ludzi w dość zabawny stan lekkiego zakłopotania. Basia z kolei przyjęła strategię milczącego monitoringu otoczenia.

IMG_7329

Doszliśmy do jednej z baszt, okazało się, że jest otwarta – weszliśmy do środka. Od tej chwili pytanie „gdzie są księżniczki?” padło chyba dwadzieścia razy – jak widać, Zu spodziewała się spotkać ich tysiące, przy każdej ścianie, na każdym rogu i w każdym zakamarku. Zdałem sobie sprawę, że będę się musiał z tych księżniczek jakoś rozliczyć i wytłumaczyć Zu, dlaczego właściwie ich tam nie ma.

-Czy tu jest księżniczka tato?

-Wiesz co Zu, one dawno temu tu mieszkały, ale teraz już nie mieszkają.

-Dlaczego?

-Bo księżniczki już opuściły zamki.

-Jak to???

-Musisz sobie wyobrazić, że tu są. Wtedy będzie fajnie.

-A co to znaczy wyobrazić?

No i klops. Wytłumaczenie, czym jest wyobraźnia, chwilowo mnie przerosło. Na szczęście dotarliśmy właśnie do komnaty, która ewidentnie była kiedyś zamieszkiwana przez księżniczki. Było w niej wielkie łoże z czerwonym baldachimem. Zu bardzo się ożywiła. nawet Basia mruknęła z zainteresowaniem. Zu popatrzyła na łoże, podeszła do niego, usiadła na krawędzi i zaczęła ściągać buty. Na moje pytanie, co właściwie robi, odrzekła że  musi się położyć. W pierwszym odruchu próbowałem ją od realizacji tego planu odwieść, w końcu to trochę muzeum, może nie wolno dotykać i w ogóle. Zu była bardzo zdziwiona, w końcu skoro jest dostępne łóżko, a ona chce się do niego przymierzyć, to czemu nie? Wlazła więc pod baldachim, zostawiła buty elegancko ułożone przy łóżku, nakryła się czerwoną kołderką, ludzie wchodzili i wychodzili, a moja córka robiła za eksponat. Za nic nie mogłem jej spod tej mocno zakurzonej kołderki wydobyć.

IMG_7410

W końcu się udało. Zwiedziliśmy jeszcze kilka tajemniczych pomieszczeń, pogapiliśmy się trochę na widoczki przez okna na szczycie baszty, poleżeliśmy chwilę na trawie na dziedzińcu i zarządziliśmy odwrót. Zu przez kilka kolejnych dni przeżywała, że w zamkach nie ma już księżniczek. Stwierdziła jednak, że trzeba koniecznie zwiedzić inne zamki, bo kto wie, może w jednym z nich została jakaś jedna, zagubiona księżniczka, którą mogłaby sobie pooglądać, a najlepiej zawrzeć z nią bliską znajomość.

IMG_7333

Spotkanie autorskie w Empiku

I po spotkaniu! Empik Arkadia ugościł nas zacnie. Dziękuję Grzegorzowi Kasdepke za świetne prowadzenie spotkania, dzięki niemu stres debiutanta szybko przerodził się w przyjemność czerpaną ze spontanicznej rozmowy dwóch ojców. Wszystkim obecnym dzięki stokrotne za poświęcony czas. Jedziemy dalej!

IMG_3778

Day off. U Prezesa

Tym razem, po raz pierwszy, nie będzie o dziecku. Ani o jednym, ani o drugim. Dzieci mają blogowy day off. Dlaczego? Ponieważ day off zaliczyłem ja.

Przez cały rok szukam pretekstu, aby ruszyć w Bieszczady. Wymyślam różne historie, aby przekonać G., że muszę tam pojechać. Dziesiątki mniej lub bardziej racjonalnych powodów. Swego czasu, w erze wczesnej kawalerki i braku zobowiązań, potrafiłem tam pojechać sześć, nawet osiem razy w roku. Mój rekord to pobyt, który trwał 8 godzin. Razem ze snem. Pokonanie tysiąca kilometrów po to, aby spędzić gdzieś osiem godzin wydaje się szczytem nonsensu, ale będę się upierał, że było warto. Te czasy bezpowrotnie minęły, pożegnałem się z nimi bez rozdzierającego żalu, raczej z sentymentem i planem powrotu tam z G., Zu i Basią, jak dzieci będą wystarczająco duże, aby pospacerować po górach i pojeździć konno. Ten plan ma jednak jeden zasadniczy mankament: to perspektywa lat. Długich lat. Dlatego raz na jakiś czas odzywa się we mnie głód tego miejsca, który ciężko zaspokoić.

panorama

Ostatnio pojawił się, jak co roku, konkretny powód. Trzeba było zawieźć w bieszczadzkie okolice kilka ważnych rzeczy i dostarczyć je ludziom, którzy tych rzeczy potrzebowali. Zgłosiłem się na ochotnika i ruszyliśmy. Wycieczka z kategorii niemal równie ekstremalnych, co wyżej wymieniona – tylko jedna noc – ale temat został podjęty bez wahania.

Ilekroć jeżdżę w tamte rejony, zawsze ląduję w jednym miejscu – w Chmielu, u Prezesa. Prezes to bieszczadzka legenda, człowiek, który siedzi tam od wielu lat, przeżył setki interesujących historii, którymi się czasem dzieli z gośćmi. Prowadzą wraz z Asią pensjonat, mają piękną stajnię pełną koni i grono miłośników w całej Polsce. Byłem tam dziesiątki razy, zawsze czuje się jak u siebie, zawsze jest ciepło i przyjaźnie. Zawsze przywożę tam zwyczajowy warszawski pośpiech, a wyjeżdżam z jedynym w swoim rodzaju chillem, owianym wszechobecnym zapachem koni. G. po powrocie goni mnie po domu żądając, abym natychmiast wyprał ubrania, bo śmierdzą. Mi tam nie śmierdzą. Lubię.

IMG_3525

Podobne miejsca mają jedną wspólną cechę – zatrzymują czas. On tam nie płynie, raczej wlecze się z wolna. Może dlatego warto tam się wybrać nawet na kilka godzin. Jest czas na wszystko – krótki odpoczynek, wieczorne dyskusje przy winie i dobrej muzyce, którą zawsze zarządza Asia, śniadania z widokiem na Smerek i połoninę. I konie, wokół których wszystko się tam kręci. Marny ze mnie jeździec, ale ilekroć tam jestem, nie mogę sobie odmówić. Siodłamy z Prezesem konie i ruszamy w góry pospacerować.

siodło

To dla mnie kwintesencja Bieszczad – konie, cisza (ponieważ jadąc konno jakoś głupio gadać w kółko), góry, przestrzeń. Wszystko, czego potrzeba, aby odpocząć i przywrócić naturze właściwe proporcje, które w mieście są kompletnie zaburzone. Nie jeżdżę zbyt często, więc po powrocie zad (mój, nie koński) trochę pobolewa, ale to nic przy skali frajdy, jakiej się doświadcza. Kilka razy brałem udział w rajdach końskich – wtedy rusza się na kilka dni w góry, śpi się koło konia na trawie modląc się, aby w nocy nie padało. Wieczorem popija się herbatę z ogniska i krupnik w półlitrówki, każdy robi to, na co ma ochotę, a i tak wszyscy lądują przy ogniu, nieśpiesznym opowiadaniu i wspólnym jedzeniu tego, co udało się przytaszczyć w końskich sakwach. Polecam. Bardzo.

smerek

Czy fajnie jest wyjechać czasem gdzieś bez dzieci? Fajnie. Nie jestem co prawda typem rodzica, który specjalnie często szuka pretekstu, aby zwiać z domu; czasem jednak warto, dla zachowania higieny psychicznej, wypuścić się na chwilę, aby nabrać dystansu i zrobić coś przyjemnego. Dobrze oczywiście uzgodnić to z szefostwem; na szczęście G. wydała przepustkę. Ona ma póki co ograniczone możliwości zrealizowania podobnego scenariusza, jednak jak Basia trochę podrośnie, odwdzięczę się, obiecuję to sobie i jej. Co prawda ilekroć wyjeżdżam, G. zwalają się na głowę nieoczekiwane scenariusze typu choroba dzieci / coś się psuje / inne, ma wtedy znacznie więcej pracy z ogarnianiem wszystkiego, niż plan przewidywał; traktuję to jako czytelny sygnał, abym nie nadużywał takich wypadów i nie narażał się na gniew G.

Wracając do Bieszczad – ciężko stamtąd wyjechać. Trochę boli.

Zdaję sobie sprawę, że ten wpis jest podejrzanie laurkowy; ale uwierzcie mi, nie przesadzam. Za wszystko ręczę, jak napisałem, tak jest. Pojedźcie i sprawdźcie sami.

onie

TROKT

Dziś wybraliśmy się na spacer do lasu. Pierwsze dni prawdziwej wiosny należy przywitać aktywnie, w terenie. Zapakowałem rzeczy Zu, pojmałem Kozaka, założyłem suce obrożę i smycz – w drogę.

W lesie pięknie, pusto (to zaleta nieuregulowanego czasu pracy – można wybrać się na spacer w środku dnia), wściekle zielono, co w wiośnie lubię najbardziej. Maszerowaliśmy przez kilka godzin, zrobiliśmy wielką pętlę odwiedzając rozliczne trakty, zagajniki, nawet niewielkie jezioro. Na jednej ze ścieżek napotkaliśmy Tajemniczego Rowerzystę o Kamiennej Twarzy (TROKT). Gdy minął nas za pierwszym razem, nie zwróciliśmy na siebie szczególnej uwagi. Żadna ze stron nie zastosowała zestawu przyjaznych gestów mimicznych, ale w Polsce to właściwie standard. Swoją drogą szkoda, że nie ma takiego zwyczaju – to zbliża ludzi. Jak w Hiszpanii, gdzie wszyscy zawsze się witają, gdzie się człowiek nie zapuści, słyszy zewsząd: hola! hola! Rowerzysta odjechał, my poszliśmy dalej. Po kilkunastu minutach mignął mi na ścieżce obok – miał równie niewzruszoną twarz. Pojechał.

Minęło kolejne pół godziny – zauważyłem go znowu. Jechał w naszą stronę. Wyraz twarzy bez zmian. Minął nas, coś mnie tknęło, obróciłem głowę. Zatrzymał się, stał kilka metrów za nami, milczał.

– Czy w czymś Panu pomóc? – zapytałem.

– Piwo. – odpowiedział oszczędnie TROKT.

Przeglądałem w myślach możliwe warianty. A. Chce mnie poczęstować, B. Chce, abym go poczęstował, C. Chce kupić, a nie wie gdzie.

– Piwo! – powtórzył podniesionym głosem.

– Jakie piwo? – zapytałem.

– Piwo! Chcę!

– Aaa, to musi Pan tam, do Międzylesia, tam jest sklep, albo w drugą stronę, do Radości. – odparłem, chcąc go wesprzeć radą.

– Przecież wiem!!! – krzyknął TROKT, – Nie masz?

– No nie mam, czy wyglądam na takiego, który ma, w środku lasu, z dzieckiem, z psem..?

Wkurzony TROKT splunął i odjechał bez słowa. Już go nie spotkaliśmy. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że wyglądam jak menel, który nie rusza się z domu bez alkoholu, a taką właśnie diagnozę postawił mi, jak widać, TROKT. Najwyraźniej krążył wokół nas jak sęp w środku lasu, licząc, że idąc z Zu na spacer wyposażyłem się w sześciopak.

Swoją drogą, zainspirował mnie.

zu kozak las