Jak wyjechać na wakacje z dziećmi i zachować zdrowie psychiczne

Nie jesteśmy ludźmi, którzy są mocni w planowaniu. Gdy rodziły się nasze dzieci, nie mieliśmy w głowach gotowego projektu, rozpisanego na najbliższe lata ich życia. Do tej pory nie mamy pojęcia, do jakich szkół pójdą czy jakie zajęcia dodatkowe będziemy im organizować, gdy przyjdzie na to czas. Wieczne odkładanie rozmaitych planów tłumaczymy zazwyczaj piękną ideą spontanicznego podejścia do życia – wtedy jest nam łatwiej pogodzić się z często nas trapiącym osobistym nierozgarnięciem. Podobnie było z tegorocznymi wakacjami – do niedawna nie było żadnego planu, co będziemy robić, gdzie pojedziemy. Zazwyczaj mamy szczęście i w końcu udaje się wymyślić coś, z czego wszyscy jesteśmy zadowoleni – nie inaczej było tym razem. Pojawiła się propozycja ze strony przyjaciół, którzy mają wspaniałego, starego, zabytkowego kampera: bierzcie, jedźcie, korzystajcie. Był do dyspozycji w lipcu, więc bez dłuższego zastanawiania się podjęliśmy decyzję, że jedziemy.

 

Kierunek docelowy – morze. Tam jest dużo piasku, czasem również słońca (choć ci, którzy trafiają na pogodę nad morzem w lipcu to niewielka garstka szczęśliwców), dzieci w piasek się wstawia, tkwią tam z radością godzinami. Rodzice mogą odpocząć fizycznie (ich aktywność ogranicza się do wzrokowego monitoringu stanu bezpieczeństwa i przestrzegania granic wyznaczonej zawczasu strefy) i duchowo (zachłanne pochłanianie pokrytych kurzem lektur, które zabierali ze sobą na wszystkie inne wyjazdy i nie wyjmowali ich nawet z bagażu).

 

Sam kamper – bajka. Niespełna trzydziestoletni Citroën C25. Od zawsze benzyna była istotnym składnikiem mojej krwi, więc siłą rzeczy nie mogłem przepuścić takiej okazji. Stary, klekoczący diesel, oldschoolowe wyposażenie, zasłonki w oknach i wszystko zadbane, w doskonałym stanie. Nienowoczesny charakter tego samochodu determinuje sposób spędzania czasu i podróżowania. Gdy realna prędkość maksymalna to 60, najwyżej 70 km/h, wszystko zwalnia. Przyzwyczajony do robienia czasówek na trasie i ekscytowania się tym, że nad morze przejechałem 20 minut szybciej niż ostatnio, musiałem się mocno przestawić. Natychmiast jednak dostrzegłem, jaką wartość ma powolne przemieszczanie się po Polsce, jak pięknym krajem jest. Jadąc wolno siłą rzeczy unika się autostrad – są bez sensu, gdy jedzie się sześćdziesiąt na godzinę. Sens mają gminne i powiatowe, wąskie drogi, na których nie ma ruchu, a które są tak blisko natury, jak to możliwe. Nagle okazuje się, że dosłownie wszędzie jest coś ciekawego, co można zobaczyć, coś pięknego, czym można się zachwycić. Podróż nad morze zajęła nam trzy dni. Nocowaliśmy w środku lasu, nad jeziorem na Kujawach, potem też nad wodą w Borach Tucholskich. Za każdym razem cieszyłem się jak dziecko z możliwości, jakie daje wożenie domu ze sobą. Wolność – jedynym architektem planu jest to, na co mamy ochotę. Chcemy do cywilizacji? Nie ma problemu, podjechaliśmy do designerskiej mariny w Bydgoszczy na lody, dzieci miały frajdę. Jak najdalej od niej? Na bocznych drogach za Tucholą łatwiej spotkać jelenia, niż inny samochód.

A co na to dzieci? Znając ich temperament i ciekawość świata była duża szansa, że im się spodoba. Nie obyło się jednak bez sytuacji kryzysowych, które na początku naszej podróży wystrzeliły mnie poza granice opanowania i cierpliwości. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że podstawą sukcesu jest dbałość o rytuały i potrzeby dzieci. Nie przewidzieliśmy tego, jak dużą zmianą będzie dla nich przesiadka do domu na kółkach. Ogromna dawka nowych wrażeń, połączona z tradycyjną, wiszącą w powietrzu spiną, która zazwyczaj towarzyszy wyjazdom na wakacje okazały się mieszanką, która przerosła Zu i Basię. Pierwsza noc była koszmarna – młodsza budziła się z krzykiem w środku nocy i nad ranem, starsza budziła się w związku z tym krzykiem. Obie zmęczone i niewyspane dały czadu w trakcie dnia, mi niejednokrotnie puściły nerwy, po czym zawsze mam kaca jak diabli, bo przecież nawet największa histeria nie jest intencjonalnym działaniem dziecka przeciwko nam. To wszystko jednak łatwo zrozumieć, gdy człowiek się uspokoi. W trakcie akcji czasem trudno wyhamować i pojawia się krzyk, gwałtowne gesty i niepotrzebna eskalacja.

 

Gdy emocje opadły i wszyscy dostatecznie zmęczyli się serią wewnątrzrodzinnych eksplozji, wszystko zaczęło wracać na właściwe tory. Receptą na spokój okazała się większa uważność na potrzeby dzieci. Zauważyliśmy, że długa jazda męczy je bardziej niż nas, bo samochód jest głośny i telepie na wybojach. Zaczęliśmy dbać o to, aby spały w swoich porach, bo wtedy miały zupełnie inną energię, a poziom marudzenia spadał do bezpiecznego poziomu. Staraliśmy się nie dopuścić do tego, aby podróżowały głodne. Proste rzeczy. Na tyle proste, że łatwo o nich zapomnieć, gdy dzieje się tak wiele. Utwierdziliśmy się też w przekonaniu, że motywacja czyni cuda. Gdy Zu zaczynała jęczeć mimo, że była wyspana, najedzona i nic szczególnego się nie działo, przypominaliśmy o celu naszej podróży. Zostaliśmy na kilka dni zaproszeni przez znajomych do Dębek. Są rodzicami bliźniaczek, przyjaciółek Zuzy. Wystarczyło jej przypomnieć o nadchodzącym spotkaniu i wszelkie uciążliwości podróży nagle znikały. Wniosek: jeżeli chcesz realnie odpocząć, zadbaj o dobre towarzystwo dla swoich dzieci, a wizja spotkania ulży trudom przemieszczania się po kraju. Dzięki temu zaproszeniu siedzimy właśnie na piasku nad morzem ciesząc się piękną plażą i niezłą pogodą, a dziewczyny latają w pobliżu same organizując sobie czas. Wspaniały widok. Dlatego zamykam laptopa, otwieram książkę i wytrzęsioną w drodze z Warszawy butelkę prosecco. A co. Pan ma relaks.

Tekst opublikowany na portalu oMatko! 

Reklamy