Bez dzieci. Reset

Uwaga, banalne stwierdzenie na początek: dzieci po pojawieniu się na świecie automatycznie lądują w centrum uwagi. Wpychają się tam bezczelnie, nie pytając nikogo o zgodę, przebudowują nam, dorosłym, poukładane życie. Każą nam się uczyć, budować nowe relacje, patrzeć z całkiem nowej perspektywy na związek, który zdawał się poznany w pełni. Słowem: ewolucja, czasem – rewolucja. Aspekt organizacyjny to mniejsze z wyzwań; główna oś zmiany przebiega przez warstwę emocji, czyli tego, co najgłębiej w nas, co czasem najbardziej zaskakuje, tego, czego nie da się w pełni kontrolować. Co to oznacza w praktyce?

Oczywiście, nie ma sensu generalizować, każdy przeżywa uczucia inaczej, są ekstrawertycy i introwertycy, niektórzy okazują emocje, inni są powściągliwi. Moje doświadczenie jest czymś na kształt huśtawki – od kiedy pojawiły się dzieci, wzlatuję wyżej, ale też spadam niżej. Zazwyczaj jest stabilnie – żyjemy razem, funkcjonujemy w codziennym trybie, praktykując codzienne obowiązki i oddając się rozmaitym rytuałom. Czasem jednak – i dzieje się to częściej niż w życiu przed dziećmi – doświadczam emocji z poziomu 2.0, które wcześniej raczej były mi obce. Zachwycam się córkami, ich rozwojem, rodzącą się osobowością i temperamentem. Zachwycam się totalnie. Kij ma jednak dwa końce, medal – drugą stronę. Dlatego czasem mam dość, nie mam siły, złoszczę się, ponieważ – zapewne zgodzi się ze mną większość populacji rodziców – nikt, żadna istota na Ziemi nie jest w stanie tak skutecznie wyprowadzić spokojnego nawet człowieka z równowagi, jak własne dziecko. Jakie zasoby, prócz miłości, są niezbędne, by poradzić sobie z takim stanem i nie dać się zdominować negatywnym emocjom? Dla mnie przede wszystkim jeden – cierpliwość.

Skąd ją brać? Każdy ma swoje patenty. Na mnie najskuteczniej działa chwilowy wyskok z orbity codzienności. Gdy czuję, że paliwo się kończy i zapalają się czerwone lampki alarmowe, wyjeżdżam. Na chwilę, dwa-trzy dni, to zazwyczaj wystarczy. Ustalamy to wcześniej z żoną, spontaniczność może w tym przypadku sporo namieszać, wszak małżonkę trzeba wcześniej przygotować na taką ewentualność i uzyskać tzw. klepnięcie, a najlepiej poparcie dla inicjatywy. Wyjazd w konflikcie niczego nie rozwiąże, mało tego – otworzy kolejny front, komplikujący rzeczywistość. Żona na szczęście zazwyczaj zgadza się wziąć na swoje barki całe to zamieszanie – dwie córki, trzecią w brzuchu i psa Kozaka na dokładkę. Wyrozumiały i empatyczny z niej człowiek. Staram się zresztą nie nadużywać, by nie przegrzać tematu. Kluczem do sukcesu jest też wzajemność – czasem zdarza się, że to ja zostaję sam w domu, a G. wyjeżdża. Ona może wtedy odpocząć, a ja nie czuję się pasożytem.

Gdzie ruszam na reset? Tam, gdzie jest fajna natura i coś, co lubię robić. Nigdy nie miałem problemu ze spędzaniem czasu sam na sam, więc często ruszam w pojedynkę. W tym roku wyjechałem dwukrotnie. Trzy dni pływania na łódce solo to było dla mnie świetne połączenie pięknych widoków i fizycznego wysiłku związanego z samotnym żeglowaniem. Można odpocząć, można też powalczyć z wiatrem, jest satysfakcja. Jesienią zrealizowałem drugi plan, który chodził za mną od paru lat – pojechałem w góry na rajd koński. Bukowe, bieszczadzkie lasy wyglądają w październiku obłędnie. Całe dnie w siodle spędzone w ciszy, spanie na trawie pod gwiazdami, widoki jak milion dolarów, herbata z ogniska, ciekawi, inspirujący ludzie. Dla mnie to esencja rekreacji, ładowanie baterii do maksimum.

Jedyne ryzyko, jakie niosą ze sobą tego typu wyjazdy, to bolesne zderzenie z rzeczywistością po powrocie. Miasto, korki, pośpiech, mnóstwo czasopożeraczy. Rzecz w tym, aby nie minąć się z głównym celem wyjazdu, jakim jest regeneracja i wypracowanie kapitału energii, która pozwoli z nową siłą działać na froncie walki z codziennością. Dlatego wracając, staram się nie rozpaczać, że się skończyło, a cieszyć z tego, że mogłem się wyrwać, choć to czasem trudne. Miejsca, w które się wybieram, są oddalone od Warszawy o dobre kilka godzin jazdy, jest więc czas na zmianę nastawienia. Zresztą jeżeli nie zdążę go na czas zmienić, pomogą moje córki. Tak jak ostatnio, po powrocie z Bieszczad. Gdy otworzyłem drzwi, zaatakowały mnie w duecie, wskoczyły mi w ramiona, przewracając mnie w progu i częstując buziakami. Dobrze jest wracać.

 

tekst ukazał się na portalu omatkomagazyn.pl

Reklamy

+1

Ile mieć dzieci? Nie wiadomo. Trudno to zaplanować. Nie ma optymalnych scenariuszy. Każde kolejne dziecko przynosi więcej wszystkiego: wrażeń, utrapień, miłości, zmęczenia. Powstaje koktajl nowych emocji zmieszanych z kolejnym poziomem zaawansowania wyzwań – energetycznych, logistycznych czy finansowych. Jak się w tym wszystkim odnaleźć, jak to zaplanować? Nie wiem. Jak już wspomniałem w jednym z wcześniejszych tekstów, nie jesteśmy mistrzami planowania. Myśląc o kolejnych latach, zastanawialiśmy się jednak, co dalej z projektem dziecko, co zdecydować. Mamy dwie córki, Zu i Basię. Jest fajnie, są razem, rodzina 2+2 – uznaliśmy, że to optimum, że stop, wystarczy, czas na realizację innych planów. Czyli zamykamy działalność prokreacyjną, tak, jest decyzja. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jest słuszna i tego właśnie chcemy. Co w związku z tym? Dwa tygodnie później G. była w ciąży. Jeżeli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach. Najwyraźniej tym razem uśmiał się konkretnie.

 

Czekamy więc na kolejne dziecko. W trakcie pierwszych miesięcy G. zapewniała, że jest inaczej niż wcześniej, co oznacza, że tym razem chłopak. Na 100%, mówię Ci, szaleje, wariuje, to facet! USG – drodzy państwo, nie widzę tu nic wystającego poza obrys ciała, na 90% dziewczyna. Kolejne USG – prawdopodobieństwo urosło do 99%. Więc sytuacja wygląda tak: w jednym narożniku ja, mężczyzna. W drugim – G, Zu, Basia, Helena (prawdopodobnie, choć giełda imion wciąż pracuje na najwyższych obrotach). A, jeszcze pies, który jest suką. 5:1. Albo mnie roztrzaskają hormonami, albo będą nosiły na rękach – takie dwa scenariusze pojawiają się, gdy relacjonuję sytuację znajomym. Zobaczymy.

 

Zu szaleje z radości, nie może się doczekać, w ramach współodczuwania miesiąc temu schowała swoją ukochaną maskotkę pod koszulkę i ją urodziła. Nadała jej/mu oryginalne, chociaż bezpłciowe imię „Dzidziuś”. Chodzi z tym swoim Dzidziusiem, karmi go, usypia w wózku, wychowuje, tłumaczy mu skomplikowaną rzeczywistość, opiekuje się nim. To dość niesamowite, jak sama uruchomiła w sobie mechanizmy adaptacyjne, to jej inicjatywa, my w zasadzie nie mamy tu pola do działania. A Basia? Ma dopiero 2 lata i choć już gada jak najęta, to pojawienie się w domu kolejnego dziecka jest póki co zbyt dużą abstrakcją, by mogła jakkolwiek to pojąć. Pewnie będzie podobnie jak z Zuzą, gdy mała się rodziła – wszystko fajnie, dopóki dziecko się nie pojawiło w domu. Potem – na szczęście krótkotrwały – armagedon, gdy okazało się że to nie maskotka, z którą można się pobawić, a żywa istota, która w dodatku ma nieskrępowany i uprzywilejowany dostęp do matki. Następnie sytuacja się uspokoiła, liczę na to, że tu będzie podobnie. Z czasem między Zu a Basią wytworzył się stan względnej harmonii, który trwa do dziś. Czasem jest lepiej, czasem gorzej, ale nie można narzekać. Może to kwestia niewielkiej różnicy wieku, nie wiem. Może powodem jest pogodne i często rozbrajające usposobienie Basi, której chyba nie da się nie lubić. Ich relacja wciąż się rozwija i wzmacnia. Czasem wykonują względem siebie spontaniczne gesty miłości i przywiązania. Nie chcę przesładzać, jednak gdy patrzy się na nagły odruch Zu, która zaczyna szukać po domu Baśki tylko po to, aby ją bezinteresownie przytulić, to łza się człowiekowi w oku kręci. Podobnie z małą, czasem budzi się, podnosi głowę z niepokojem, rozgląda się i woła siostrę, bo tego kontaktu najbardziej w tej chwili potrzebuje. Oczywiście, życie to nie laurka, zwłaszcza życie z dziećmi. Zdarza się, że drą koty niemiłosiernie, z setki zabawek właśnie ta jedna jest w tym momencie potrzebna jednej i drugiej, Basia zwija Zu jej majtki, z kolei Zu prywatyzuje spinki do włosów Baśki i tak w nieskończoność. Gdy jedna ma kryzys, druga często załapuje ten klimat, synchronizują się w marudzeniu i jęczeniu, co doprowadza mnie do białej gorączki. Czasem jednak scenariusz jest inny. Ostatnio, gdy Basia dała mi strasznie popalić, wkurzyłem się na nią poważnie, skończyła mi się cierpliwość, zacząłem bez sensu podnosić głos, zamiast szukać rozwiązania, skupiłem się raczej na ekspresji mojej frustracji, co jest zazwyczaj gwoździem do trumny i prowadzi tylko do eskalacji konfliktu. Zu stała sobie z boku, patrzyła na to, po czym podeszła do Basi, objęła ją, zaczęła do niej mówić słowami, których ja sam używam, gdy próbuję ją uspokoić. Przejrzałem się w tej sytuacji i wszystko ze mnie zeszło w minutę. Czterolatka pokazała mi, co należy zrobić, zachowała się przytomniej, niż ja. Smutne (autorefleksja) i budujące (empatia, którą spontanicznie pokazała Zu). Kochają się bardzo te nasze dziewczyny i to widać niemal na każdym kroku, to największa nagroda za wszystkie trudy i frustracje, jakich doświadczamy, wychowując je.

 

Cóż, czekamy, aż urodzi się Helena. Będzie się działo. Trochę przeraża ta cyfra – 3. Choćby dlatego, że mamy tylko po dwie ręce. O logistyce wciąż nie myślę za dużo, bo czasem już teraz mnie przerasta. Podobnie o rozdziale czasu praca/dom, spaniu, zmęczeniu i tak dalej. Z dziećmi chyba jest tak, że zbyt intensywne przygotowanie teoretyczne nie ma sensu. Trzeba skoczyć na główkę, woda w basenie jest, jakoś wypłyniemy i damy radę.

Tekst ukazał się na portalu omatkomagazyn.pl

Jestem piękna, prawda?

Od kiedy pamiętam, Zu przywiązywała ogromną wagę do wszystkiego, co można wpakować do stereotypowego worka o nazwie „mała kobieta”. Przebiera się kilkanaście razy dziennie, stroi się przed lustrem i egzekwuje od świata zewnętrznego informacje zwrotne na temat jej wyglądu. Wszelkie próby wyrugowania z obszaru jej gustu różu, sukienek w kucyki i torebek z Elzą spełzły na niczym, nie walczyliśmy długo, walka nie miała sensu. Stwierdziliśmy, że nie będziemy na siłę forsować ubrań, które nam się podobają, które nam się wydają ładne. W końcu chodzi o to, aby ona miała radość z ich używania, aby jej się podobały, aby czuła się w nich dobrze. Liczymy na to, że przyjdzie czas refleksji i buntu względem kanonów panujących na rynku mody dziecięcej, a my przestaniemy nabijać kasę Disneyowi. Czekamy.

 

Wygląd ma dla niej kluczowe znaczenie i często przychodzi do mnie, pytając: „Jestem piękna, prawda?”. Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć. Ona zawsze jest piękna, jest moją córką, to całkiem szczere więc automatycznie chcę potwierdzić. Z drugiej strony zastanawiam się, dlaczego pyta – czy po to, aby znaleźć potwierdzenie że jest OK, że jest dla mnie ważna? Nie wiem. Dużo z G. rozmawiamy o chwaleniu, czym jest i jakie ma konsekwencje. Wielu ludzi utożsamia je z budowaniem poczucia własnej wartości w dziecku, utwierdzania go w przekonaniu, że jest w porządku. Inni z kolei – to podejście jest mi bliższe – uważają, że intensywne chwalenie zabija w dziecku wewnętrzną motywację do robienia rozmaitych rzeczy i sprawia, że priorytetem nr 1 jest zaspokojenie oczekiwań rodzica, czego potwierdzeniem jest właśnie pochwała. Ryzyko takiego podejścia to stopniowe odklejanie dziecka od własnych potrzeb i autorefleksji – realizując czyjś plan, coraz mniej realizuje swój. Poza tym, odbiera to elementarną przyjemność robienia tego, na co realnie ma ochotę na rzecz tego, co powinno zrobić aby spełnić oczekiwania. W dodatku nadmiernie chwalone dziecko nieustannie buduje w sobie przekonanie, że jest Einsteinem, Messim i Gatesem w jednym. Wszystko nieźle działa do momentu konfrontacji ze światem zewnętrznym, która prędzej czy później nadejść musi. Nagle okazuje się, że nie jest wcale tak różowo. Jest wręcz szaro. Gdybym był takim dzieckiem, miałbym do swoich rodziców mocną pretensję, że do tego stopnia odkleili mnie od tego, co realne. Przecież można z miłością przekazać dziecku oczywistą prawdę mówiącą, że ludzie podlegają różnej dystrybucji talentów, że nie trzeba być we wszystkim mistrzem, że świadomość własnych słabości może być też siłą. Jeżeli dziecko w sposób wolny od oceny dowie się, że malowanie nie jest jego domeną tak bardzo, jak budowanie wielopoziomowych konstrukcji z lego, raczej nie zapadnie się w sobie. Prawdopodobnie prędzej czy później się z tym pogodzi wiedząc, że świetnie się czuje na innych płaszczyznach aktywności.

 

Staram się znaleźć swoją ścieżkę gdzieś pomiędzy chwaleniem a jego unikaniem zakładając, że najważniejsza jest naturalność. Czasem więc chwalę, nie mogę się powstrzymać widząc, jak Zu i Basia cieszą się z kilku wzmacniających słów. Próbuję w miarę możliwości rozmawiać z nimi wtedy i dopytywać, dlaczego tej pochwały potrzebują, próbuję też przedstawić ją w formie moich własnych odczuć (to bardzo mi się podoba) niż obiektywnego przekazu (to jest super), myślę, że tak ukierunkowany komunikat ma dla dziecka większą wartość. Czasem próba sparafrazowania uczuć dziecka, które oczekuje na pochwałę, ratuje mnie przed dylematem skłamać/powiedzieć trudną prawdę. Gdy Zu wbija się w lekko przechodzoną koszulkę z Krainy Lodu, łączy ją z falbaniastą, tiulową spódniczką, na nogi zakłada baletki i skarpetki pod kolana i zadaje pytanie: „Tato, pięknie wyglądam, prawda?”, odpowiedź: „Widzę, że bardzo ci się podoba ten strój” ratuje mnie z opresji. Jest prawdziwa, kieruje ją w stronę jej wewnętrznej motywacji, a mi nie każe kłamać, że ten set trafia w mój gust. Idealny zestaw ratunkowy.

 

Budowanie realnego, a nie wyimaginowanego poczucia własnej wartości w dziecku to trochę moja obsesja. Wydaje mi się, że kluczowe w tym obszarze jest budowanie dobrych, zdrowych relacji z ludźmi, one bardziej niż obiektywne osiągnięcia decydują o szczęściu lub jego braku. Staramy się z G. uczyć Zu, a niebawem też Basię budowania takich relacji, z których czerpią obie strony, w których obie strony zachowują podmiotowość. To trudne, bardzo, często mam wrażenie, że sam tego nie potrafię. Może dlatego to dla mnie aż tak ważne. Dlatego gdy widzę, że Zu w relacjach z innymi dziećmi czasem ślepo za nimi podąża i kopiuje ich zachowania, denerwuję się, że robimy coś nie tak. Widzę wtedy, że staje się niespokojna, rozchwiana, że nie jest w sobie, że odkleja się od swoich potrzeb. Martwię się. G., która ma znacznie więcej zdrowego dystansu, uspokaja mnie mówiąc, że trzeba jej na to pozwolić, że to naturalny etap rozwoju dziecka i nie ma nic wspólnego z brakiem pewności siebie czy skłonnością do podporządkowywania się innym, bardziej dominującym dzieciom. Oby.

Tekst dla portalu oMatko!, który ukazał się w sierpniu – link

 

Nosiciele dobrych rad

W niektórych ludziach na wieść o tym, że ktoś z bliskich zostanie rodzicem, włącza się poczucie misji. Polega ono na odpowiednim zadbaniu, aby wspomnianą osobę zalać falą rozmaitych porad i sugestii, wyzwolić ją ze strachu oraz obaw, oswajając temat nadchodzącego rodzicielstwa. Realizacja tej misji często trafia na bardzo chłonny grunt – na wieść o zbliżającej się rewolucyjnej zmianie w ich życiu, przyszli rodzice reagują zrozumiałym lękiem i wracającym raz po raz pytaniem: co to będzie?

Na brak doradców raczej nie będą narzekać. To z jednej strony grupa ludzi, którzy są im życzliwi i widząc, jak bardzo się przejmują, chcą zamienić ich niepewność w nadzieję i optymizm. Dodać otuchy. Ludzki odruch, współgrający z instynktem samozachowawczym, każącym przyszłym ojcom i matkom jak najlepiej przygotować się do tej wielkiej zmiany. Druga grupa to Osoby, Które Zawsze Wiedzą Lepiej. Na ich ataki należy się stosownie przygotować i opracować strategię samoobrony. Jak wiadomo, w społeczeństwie jest cała masa najwyższej klasy specjalistów do spraw doradzania innym, jak mają żyć, z kim, jak prowadzić własny biznes, wreszcie jak wychowywać dzieci. Mają proste recepty na sukces i nie wahają się ich użyć. Zazwyczaj ich osobiste CV nie potwierdza deklarowanej wszechwiedzy i pewności siebie; nie zawracają sobie jednak tym głowy i niezrażeni tą niespójnością podejmują liczne próby ukierunkowania naszych działań na trudnej drodze życia. Nosiciele Dobrych Rad to ludzie, którzy są głęboko przekonani, że mają rację. Zawsze. Bez względu na to, czy na danej materii się faktycznie znają, czy nie mają o niej pojęcia. To, że mogą tej racji nie mieć, nie przechodzi im nawet przez myśl; taka wątpliwość wprawiłaby ich w stan niebezpiecznej psychicznej niestabilności, wykonują więc codzienną, ciężką pracę aby coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że Świat to oni. A potem działa już logika – skoro inni błądzą, mają obowiązek nauczania tychże innych w imię wyprowadzania ich z ciemności w sferę jasną. Z potem na czole wykonują wynikające z tego obowiązku zadania nie przejmując się specjalnie, czy nauczani są ich aktywnością zainteresowani. Skoro wiedzą lepiej, muszą tę wiedzę ulokować w umysłach błądzących. Dla ich dobra.

Nie cierpię, gdy ktoś na siłę próbuje mnie do czegoś przekonać, zwłaszcza w materii tak delikatnej i osobistej, jaką jest rodzicielstwo. Sam też staram się unikać dawania rad innym, choć pokusa jest duża – włącza się próżność, mój osobisty wróg. Rozmawiając z kimś, kto niebawem zostanie rodzicem, pod czaszką kłębią się pełne samozadowolenia myśli: „zacznij mówić, wyzwól potok treści wynikających z doświadczeń twojego dwukrotnego już ojcostwa, przecież tak wiele już wiesz, ten ktoś na pewno bardzo tego potrzebuje, zrobisz mu przysługę“. Trudno się powstrzymać. Gdy jednak uda się jakoś okiełznać miłość własną, warto taką rozmowę przeprowadzić zupełnie inaczej. To, co mnie przekonuje, to dzielenie się doświadczeniem, wymiana myśli. Nasz przekaz nie wbija się wtedy ostrzem w wyobrażenia drugiej strony, nie walczy z nimi, nie próbuje ich zdominować. Nie stawiam się wtedy w roli mentora, do czego nie mam mandatu ani kwalifikacji; raczej proponuję wymianę treści równoległych, bez kursu kolizyjnego. Dominuje wtedy ciekawość, dialog i konstruktywna burza mózgów, rodzi się inspiracja. Można wtedy wyciągnąć dla siebie to, co uważamy za potrzebne i przekonujące, a odrzucić to, czego nie czujemy, co nie jest nasze. Bez narzucania żadnych treści. Wsłuchiwanie się w  inne życiowe historie zawsze działa wzbogacająco.

Z mojej perspektywy jest wiele takich aspektów rodzicielstwa, których najlepsza nawet rada z zewnątrz nigdy nie przebije. Nikt nie zna naszego dziecka lepiej od nas, dlatego czasem zamiast słuchać gadających nam nad głową Wujów/Ciotek Dobra Rada, warto posłuchać naszego dziecka. Jest w stanie przekazać znacznie więcej, niż nam się wydaje, nawet, gdy jeszcze nie mówi. Proponuje ono różne rozwiązania odpowiednio reagując, daje nam bezwarunkową miłość tak intensywną, jak siarczyste emocjonalne kopniaki, które dostajemy, gdy czasem zawodzimy. Każda z takich chwil nas ubogaca, o ile jesteśmy na takie doświadczenie otwarci. Nie oznacza to, że należy się zamknąć na wszystkie bodźce zewnętrzne – to kwestia proporcji. Ja staram się szukać odpowiedniego balansu pomiędzy teorią, wymianą myśli i obserwacją innych, a własnym doświadczeniem wspólnego życia z dziećmi. Nasze córki zazwyczaj komunikują nam, gdzie jesteśmy na tej drodze. Gdy zbaczamy, dają nam jasne sygnały. Wystarczy wtedy posłuchać i wrócić na odpowiednią ścieżkę.

Na koniec odrobina prywaty, czyli domowy PR. Swego czasu byłem żołnierzem frakcji, którą w tym tekście obficie podlewam ironią. Broniłem swoich koncepcji do upadłego, a gdy okazywało się, że nie mam racji – jeszcze zacieklej. Gdy w pierwszej fazie związku z G. okazało się, że mamy na wiele spraw bardzo odmienne poglądy, miałem dylemat – walczyć czy zacząć słuchać, co ma do powiedzenia. Ona zaproponowała dialog, który z czasem nauczył mnie dystansu do siebie i otwartości na odmienne myśli. Więc dzięki żono. Gdyby nie te rozmowy, czytając ten felieton uznałbym, że pisze go jakiś dzielący włos na czworo miętus, a nie prawdziwy facet, który potrafi bronić swoich racji.

Tekst opublikowany w magazynie oMatko!

Jak wyjechać na wakacje z dziećmi i zachować zdrowie psychiczne

Nie jesteśmy ludźmi, którzy są mocni w planowaniu. Gdy rodziły się nasze dzieci, nie mieliśmy w głowach gotowego projektu, rozpisanego na najbliższe lata ich życia. Do tej pory nie mamy pojęcia, do jakich szkół pójdą czy jakie zajęcia dodatkowe będziemy im organizować, gdy przyjdzie na to czas. Wieczne odkładanie rozmaitych planów tłumaczymy zazwyczaj piękną ideą spontanicznego podejścia do życia – wtedy jest nam łatwiej pogodzić się z często nas trapiącym osobistym nierozgarnięciem. Podobnie było z tegorocznymi wakacjami – do niedawna nie było żadnego planu, co będziemy robić, gdzie pojedziemy. Zazwyczaj mamy szczęście i w końcu udaje się wymyślić coś, z czego wszyscy jesteśmy zadowoleni – nie inaczej było tym razem. Pojawiła się propozycja ze strony przyjaciół, którzy mają wspaniałego, starego, zabytkowego kampera: bierzcie, jedźcie, korzystajcie. Był do dyspozycji w lipcu, więc bez dłuższego zastanawiania się podjęliśmy decyzję, że jedziemy.

 

Kierunek docelowy – morze. Tam jest dużo piasku, czasem również słońca (choć ci, którzy trafiają na pogodę nad morzem w lipcu to niewielka garstka szczęśliwców), dzieci w piasek się wstawia, tkwią tam z radością godzinami. Rodzice mogą odpocząć fizycznie (ich aktywność ogranicza się do wzrokowego monitoringu stanu bezpieczeństwa i przestrzegania granic wyznaczonej zawczasu strefy) i duchowo (zachłanne pochłanianie pokrytych kurzem lektur, które zabierali ze sobą na wszystkie inne wyjazdy i nie wyjmowali ich nawet z bagażu).

 

Sam kamper – bajka. Niespełna trzydziestoletni Citroën C25. Od zawsze benzyna była istotnym składnikiem mojej krwi, więc siłą rzeczy nie mogłem przepuścić takiej okazji. Stary, klekoczący diesel, oldschoolowe wyposażenie, zasłonki w oknach i wszystko zadbane, w doskonałym stanie. Nienowoczesny charakter tego samochodu determinuje sposób spędzania czasu i podróżowania. Gdy realna prędkość maksymalna to 60, najwyżej 70 km/h, wszystko zwalnia. Przyzwyczajony do robienia czasówek na trasie i ekscytowania się tym, że nad morze przejechałem 20 minut szybciej niż ostatnio, musiałem się mocno przestawić. Natychmiast jednak dostrzegłem, jaką wartość ma powolne przemieszczanie się po Polsce, jak pięknym krajem jest. Jadąc wolno siłą rzeczy unika się autostrad – są bez sensu, gdy jedzie się sześćdziesiąt na godzinę. Sens mają gminne i powiatowe, wąskie drogi, na których nie ma ruchu, a które są tak blisko natury, jak to możliwe. Nagle okazuje się, że dosłownie wszędzie jest coś ciekawego, co można zobaczyć, coś pięknego, czym można się zachwycić. Podróż nad morze zajęła nam trzy dni. Nocowaliśmy w środku lasu, nad jeziorem na Kujawach, potem też nad wodą w Borach Tucholskich. Za każdym razem cieszyłem się jak dziecko z możliwości, jakie daje wożenie domu ze sobą. Wolność – jedynym architektem planu jest to, na co mamy ochotę. Chcemy do cywilizacji? Nie ma problemu, podjechaliśmy do designerskiej mariny w Bydgoszczy na lody, dzieci miały frajdę. Jak najdalej od niej? Na bocznych drogach za Tucholą łatwiej spotkać jelenia, niż inny samochód.

A co na to dzieci? Znając ich temperament i ciekawość świata była duża szansa, że im się spodoba. Nie obyło się jednak bez sytuacji kryzysowych, które na początku naszej podróży wystrzeliły mnie poza granice opanowania i cierpliwości. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że podstawą sukcesu jest dbałość o rytuały i potrzeby dzieci. Nie przewidzieliśmy tego, jak dużą zmianą będzie dla nich przesiadka do domu na kółkach. Ogromna dawka nowych wrażeń, połączona z tradycyjną, wiszącą w powietrzu spiną, która zazwyczaj towarzyszy wyjazdom na wakacje okazały się mieszanką, która przerosła Zu i Basię. Pierwsza noc była koszmarna – młodsza budziła się z krzykiem w środku nocy i nad ranem, starsza budziła się w związku z tym krzykiem. Obie zmęczone i niewyspane dały czadu w trakcie dnia, mi niejednokrotnie puściły nerwy, po czym zawsze mam kaca jak diabli, bo przecież nawet największa histeria nie jest intencjonalnym działaniem dziecka przeciwko nam. To wszystko jednak łatwo zrozumieć, gdy człowiek się uspokoi. W trakcie akcji czasem trudno wyhamować i pojawia się krzyk, gwałtowne gesty i niepotrzebna eskalacja.

 

Gdy emocje opadły i wszyscy dostatecznie zmęczyli się serią wewnątrzrodzinnych eksplozji, wszystko zaczęło wracać na właściwe tory. Receptą na spokój okazała się większa uważność na potrzeby dzieci. Zauważyliśmy, że długa jazda męczy je bardziej niż nas, bo samochód jest głośny i telepie na wybojach. Zaczęliśmy dbać o to, aby spały w swoich porach, bo wtedy miały zupełnie inną energię, a poziom marudzenia spadał do bezpiecznego poziomu. Staraliśmy się nie dopuścić do tego, aby podróżowały głodne. Proste rzeczy. Na tyle proste, że łatwo o nich zapomnieć, gdy dzieje się tak wiele. Utwierdziliśmy się też w przekonaniu, że motywacja czyni cuda. Gdy Zu zaczynała jęczeć mimo, że była wyspana, najedzona i nic szczególnego się nie działo, przypominaliśmy o celu naszej podróży. Zostaliśmy na kilka dni zaproszeni przez znajomych do Dębek. Są rodzicami bliźniaczek, przyjaciółek Zuzy. Wystarczyło jej przypomnieć o nadchodzącym spotkaniu i wszelkie uciążliwości podróży nagle znikały. Wniosek: jeżeli chcesz realnie odpocząć, zadbaj o dobre towarzystwo dla swoich dzieci, a wizja spotkania ulży trudom przemieszczania się po kraju. Dzięki temu zaproszeniu siedzimy właśnie na piasku nad morzem ciesząc się piękną plażą i niezłą pogodą, a dziewczyny latają w pobliżu same organizując sobie czas. Wspaniały widok. Dlatego zamykam laptopa, otwieram książkę i wytrzęsioną w drodze z Warszawy butelkę prosecco. A co. Pan ma relaks.

Tekst opublikowany na portalu oMatko! 

Projekt: Ojciec w Teatrze Kana – po premierze

Przełom września i października oznaczał dla mnie dwudniową emigrację z Warszawy aż do Szczecina. Czemu tak daleko? Chwilowo odrzuciłem postawę typu „ja to w żżżżyciu bym do teatru nie poszedł!”. Rzadko chodzę, ale teraz był powód. Gruby powód. Sztuka o ojcach, w dodatku z niewielkim udziałem mojej pisaniny. Gdy ekipa z Teatru Kana wysłała zaproszenie na premierę, nabyłem drogą kupna bilet PKP i ruszyłem w trasę.

6 godzin pociągiem w jedną stronę to wprost idealny czas, aby popracować i napisać kolejny tekst. Okazało się, że w pociągu nie ma gniazdek, nie mówiąc o internecie. Sprzęty mi padły, padłem i ja, po przebudzeniu uzupełniłem braki w czytelnictwie.

Ale do rzeczy – sztuka. Byłem bardzo ciekaw, jak Mateusz Przyłęcki, scenarzysta i reżyser w jednej postaci, połączy teksty różnych piszących ojców w jedną, spójną całość. Połączył! Udało się dzięki ekspresyjnej, mocnej i prawdziwej grze aktorskiej. Tomasz Grygier, Krzysztof Sanecki i Piotr Starzyński spięli te różne przecież teksty nadając im osobisty, charakterystyczny dla każdego z aktorów wymiar. Nie miałem wrażenia chaosu czy skakania bez końca po urywanych w kółko tematach. Sztuka jest fajnie zbalansowana – jest dużo ognia (głównie płonącego z tekstów Tomka Kwaśniewskiego), sporo typowo męskiego, zdystansowanego i lekko prześmiewczego podejścia do rodzicielstwa, które wszyscy tak lubimy (tyle, ile trzeba – nie za dużo), ale Mateusz znalazł też odpowiednio dużo miejsca na teksty poważne, skłaniające do refleksji, czasem smutne, emocjonalne. Właśnie – emocje. Mimo różnorodności klimatu tego spektaklu, to emocje, przynajmniej dla mnie, wybrzmiewają najsilniej, są najważniejsze. Emocje, relacje, czyli „miękkie” tematy, nad którymi my, faceci, powinniśmy pracować z największą uwagą. Co jednak ważne, postaci narysowane przez reżysera i aktorów nigdy nie przestają być mężczyznami z krwi i kości. Są prawdziwi. I to połączenie zdaje się być największym dla nas wyzwaniem.

Aktorzy grają na pełnej petardzie, z pełnym zaangażowaniem, czego dowodem są ich mokre od wysiłku t-shirty po spektaklu. Widać, że są ojcami, że wiedzą, o co chodzi. Dzięki temu ich postaci są szczególnie wiarygodne.

Element, który najbardziej utkwił mi w pamięci, to mocny, świetny pomysł muzyczny na ilustrację złości i bezsilności mężczyzny wobec sądu, jednoznacznie zorientowanego na prawa kobiety, odcinającego ojca od dziecka. Dla mnie był to najbardziej poruszający moment w całym spektaklu.

Udział moich tekstów w scenariuszu był na tle innych piszących ojców niewielki, co nie zmienia faktu, że czułem się jak u siebie. Dzięki za to całej ekipie Kany.

14445954_510391185836650_2495403170397139459_n

P.S. Kto nie był w Szczecinie, w drogę i ogień! Sama filharmonia to kawał genialnej, błyskotliwej architektury, od której nie mogłem się oderwać. Zjawiskowe.

img_0104