Warstwy

Po narodzinach Basi dużo z G. obserwujemy Zu. Interesują nas jej reakcje na nową rzeczywistość, patrzymy i analizujemy, jak sobie z nią radzi. Od dłuższego czasu nie musimy walczyć o bezpieczeństwo – Zu zdaje się rozumieć, że Basia to istota delikatna, o którą trzeba dbać; nawet, gdy czasem się zapomni i oprze się o nią / usiądzie na niej / położy jej coś na twarzy / kopnie dla hecy leżak, w którym się buja, zazwyczaj szybko orientuje się, że to słaby pomysł. Skoro jest względnie bezpiecznie, więcej uwagi można poświęcić na głębsze wejście w ten temat.

Jak zazwyczaj przy dziecku bywa, aby coś realnie zrozumieć, trzeba przebić się przez pierwszą warstwę pozornych wniosków. Tej praktyki z różnym powodzeniem uczy mnie od dawna G. Tak jest właśnie z reakcjami Zu na istnienie Basi. Gdy pierwotnie kryzysowa sytuacja się uspokoiła, przestałem się jej przyglądać; wszak wszystko wróciło do bezpiecznej normy, więc po co rozkładać temat na czynniki pierwsze. Basia jest u nas, Zu to akceptuje, zachowuje się normalnie, co tu analizować..? Jak się okazało, jednak warto. Dlaczego? To dobra lekcja o emocjach i sposobach radzenia sobie z nimi.

Jak pisałem wcześniej, gdy G. po raz pierwszy zaczęła karmić Basię w domu, Zu wpadła w furię. Totalną. W końcu się uspokoiła, wszystko wróciło do normy. Trzeba być jednak naiwnym twierdząc, że dwuletnie dziecko w kilka dni poradziło sobie z tak fundamentalnie burzącym jego dotychczasową rzeczywistość problemem, jak fakt, że nie ma już mamy na wyłączność. Wiedząc, że histeria i agresja nie rozwiązuje tego problemu – wszak rodzice na widok aktów rozpaczy Zu nie usunęli noworodka z domu – należy szukać innych rozwiązań, które oswoją temat. Zauważyliśmy, że Zu z uwagą zaczęła obserwować wszelkie rytuały, które G. odprawiała z Basią. Po pewnym czasie zaczęła brać w nich coraz bardziej aktywny udział.

Pewnego dnia Zu wzięła swoją lalkę, podciągnęła koszulkę do góry, przytuliła ją do klatki piersiowej w identycznej pozie, w jakiej G. karmi Basię. Pierwsza reakcja – ale to zabawne, dziecko naśladuje Cię, udaje, że karmi. Jest co opowiadać na spotkaniach rodzinnych. Dopiero G. zwróciła mi uwagę, że istnieje głębsza płaszczyzna rozumienia tej reakcji – kopiując zachowania mamy, Zu szuka swojego sposobu na radzenie sobie z tą trudną dla niej okolicznością; zamiast walczyć z mamą, aby przestała karmić Basię (bo to wkurzające dla Zu), próbuje się symbolicznie włączyć w tą sytuację, pójść z jej prądem, równolegle. Chce być jej częścią, mieć aktywny w niej udział. Reaguje tak na wielu płaszczyznach, często prawdziwie nas wzruszając. Gdy robimy Basi wieczorną toaletę, Zu podstawia swój stołeczek, staje na nim tak, aby widzieć, co się dzieje na przewijaku i asystuje przy każdej czynności, komentując wszystkie zdarzenia live i przyjmując rolę audytora, który sprawdza po checkliście, czy ojciec nie zapomniał o żadnej z istotnych czynności obsługowych („tato, Basi oko, tato, pielucha, tato, skarpetka”). Gdy Basia zaczyna płakać, Zu spontanicznie podchodzi do niej, głaszcze ją po twarzy szepcząc cicho te same słowa, jakie wypowiada G. próbując uspokoić lamentujące niemowlę. Robi to, ponieważ czuje, że tak trzeba się zachować, bierze na siebie mikroskopijną, ale jakże ważną część odpowiedzialności za tą sytuację.

To dla mnie potwierdzenie, że dzieci to całkiem mądre istoty, od których wiele można się nauczyć; wystarczy choć na chwilę zatrzymać się i spróbować zrozumieć, co tej dwulatce siedzi aktualnie w głowie.

zu i basia3

Ojciec dobry, ojciec zły

Zbliża się dzień ojca, więc o męskim rodzicielstwie mówi się dużo. Ogólnie mam wrażenie, że w ostatnim czasie ten temat żyje, ojcostwo jest poddawane wszechstronnej analizie, krytyce i obserwacji. Przeczytałem wywiad z Zimbardo, który twierdzi, że „stary” ojciec wali się w gruzy, a nowy jeszcze się nie narodził. Dużo mówi się o poszukiwaniu naturalnego balansu pomiędzy męskością a opiekuńczością, byciem silnym i jednocześnie czułym, poświęcaniu czasu dziecku przy jednoczesnym aktywnym działaniu w zawodzie. Jak to ostatnio w modzie, lansuje się ideał, czyli opcję „mogę mieć wszystko i będę miał wszystko”. Będę miał kupę forsy i rewelacyjny kontakt z dzieckiem, świetną relację z żoną i samorealizację w pracy, wszystko na sto procent. Widzę w tym istotny mankament w postaci braku pokory względem życia, które zawsze coś odbiera, aby człowiek nie zwariował na punkcie własnego geniuszu. I tak powinno być. Nie twierdzę, że nie warto walczyć o to, aby życie wyglądało tak, jak ktoś sobie wymarzył. Zdaje mi się tylko, że warto się po prostu cieszyć tym, co mamy, nawet, jeżeli teoretycznie moglibyśmy mieć więcej i lepiej. To wcale nie jest zgniły kompromis. Gdy się nastawimy na maksimum, łatwo o poczucie zawodu i  niespełnienia.

Nie wiem, kim jest „nowy” ojciec. Obserwuję zmianę, która idzie szerokim frontem. Rzeczywiście, stereotyp twardego, chłodnego i zdystansowanego ojca, który był wiele lat temu w użyciu, odchodzi w przeszłość. To dobrze, zwłaszcza dla dzieci. Jestem jednak daleki od ślepej krytyki tego modelu. W aktualnych czasach mamy wielki komfort wyboru w atmosferze wolności i braku zewnętrznych, obiektywnych zagrożeń. Nasi ojcowie, a zwłaszcza dziadkowie żyli w stałej niepewności, dla nich priorytetem było przetrwanie fizyczne, a taka perspektywa nieco inaczej układa relacje. Gdy słucham wojennych wspomnień mojej Cioci S., nie mogę uwierzyć, że ludzie byli w stanie pewne sytuacje przetrwać. Co dopiero mówić o właściwym ustawianiu relacji rodzic – dziecko. Taka była historia, takie były czasy. My szczęśliwie możemy wybierać.

Skoro tak, wybieram kontakt, wspólny czas, relację tak bliską, jak się da. Nie było to efektem skomplikowanych decyzji, przyszło samo. Oprócz intuicji pojawiały się dodatkowe motywacje. Jedną z najsilniejszych była chęć uniknięcia strachu w relacji z moim dzieckiem. Aby to się udało, nie można unikać żadnych czynności, trzeba robić przy dziecku wszystko, co się da. Wtedy łatwiej oswoić lęk, bo wiadomo, że wspólnie można przejść przez każdą sytuację bez szwanku dla żadnej ze stron. Niektórzy z zasady nie chcą przewijać / kąpać / zostawać samemu z dzieckiem. W moim odczuciu to niepotrzebne samoograniczanie się, wyznaczanie sobie zbędnych granic, skazywanie się na nieustanną obawę typu „co zrobię, jak nie wróci na czas..?”. Nie chcę takich postaw oceniać, nie znam szczegółowych motywacji. Czuję jednak, że te dziesiątki prozaicznych czynności wykonywanych przy dziecku budują relację i zaufanie, sprawiają, że przebywanie razem staje się w pełni naturalne, swobodne, pozbawione napięcia.

Można zarzucić mi tendencję do lansowania się jako superrodzica, który chwali się wszem i wobec, jak to dzielnie sobie radzi. Aby zneutralizować oskarżenia o bezgraniczną próżność oświadczam, że nie jestem superrodzicem. Naprawdę. Popełniam masę błędów, widzę je, czasem reaguję bezradnością, czasem wściekłością, często żałuję swoich czynów i decyzji. Mam jednak pewność, że budowanie bliskości, czasem kosztem złych decyzji, działa jak bezpiecznik. Gdy będę z Zu wystarczająco blisko, gdy będzie mi ufała, wszystko da się naprawić, nawet, gdy zrobię coś głupiego, niepotrzebnego, szkodliwego. Wierzę, że ten kontakt będzie działał też w drugą stronę – przyjdzie czas, gdy Zu będzie robić głupie i niebezpieczne rzeczy, nie łudzę się, że będzie inaczej. Może wtedy szybciej zauważę, może szybciej zareaguję. Może mi zaufa i sama powie. Nie wiem. Może.

Widzę, że dyskusja o ojcostwie czasem idzie w kierunku lansowania jedynie słusznego modelu ojca czułego, delikatnego, ciepłego, wspierającego, kontrującego schematy z dawnych lat. To wszystko ma sens, bez wątpienia. Jednak im bardziej sprawa nabiera wymiaru ideologicznego (czyli chwalmy „nowego” ojca, niszczmy „starego”), instynktownie trzymam się z daleka. Wydaje mi się, że absolutnie kluczową sprawą jest budowanie takiego modelu własnego ojcostwa, które jest zgodne z naszą naturą i wartościami, idzie z prądem naszej osobowości, jest prawdziwe, a nie wykute na pamięć. Chodzi o wiarygodność, zresztą dzieci to doskonałe detektory fałszu, i tak go wyczują i wypunktują. Rewolucja niszczy, ewolucja buduje – bazujmy więc na tym, co już mamy i próbujmy to konstruktywnie rozwijać. Oczywiście w tych wychowawczych wyborach trzeba zachować granice, które wyznacza dobro dziecka. Jednak jeżeli ktoś ma ogromny problem z przewijaniem i jest w stanie się na partnerskich zasadach dogadać z mamą swojego dziecka, że nie będzie tego robił – czemu nie. Może dzięki temu wykaże się na innej płaszczyźnie, gdzie da z siebie wszystko.