TwB w Radio Bajka

Mamo, tato, co ty na to – audycja Pawła Zawitkowskiego

logo_bajka_300x100-300x100

Reklamy

iKid

Wszyscy posiadacze małych dzieci wiedzą, że nic tak nie zachwyca małoletnich, jak kontakt z elektronicznymi gadżetami. Zu jest w stanie wypatrzyć telefon, komputer czy tablet wszędzie, wygrzebuje je spod łóżka, ściąga z półki, wyjmuje z torby. Wcześniej podsuwała je nam, aby uruchomić. Teraz uruchamia sama. Robi to potajemnie, w ciszy, wie, że tak właściwie, to jej nie wolno się tymi rzeczami bawić. Staramy się z G. organiczać jej dostęp do elektroniki, aby rozwijała się nie tylko poprzez kontakt z obrazami, ale przede wszystkim za pomocą własnych rąk i pełnego katalogu dostępnych jej zmysłów. Widziałem swego czasu w internetach film, pokazujący małą, kilkumiesięczną dziewczynkę, która przesuwa palcem po gazecie denerwując się, że artykuły nie chcą przeskakiwać. Pierwszy odruch – to przerażające, jak szybko dzieci przyswajają zasady działania sprzętów elektronicznych i uznają, że tak działa cały świat. Druga refleksja – to przecież normalne i oczywiste, że dzieci tak reagują, to wyłącznie kwestia czasu, który spędzają z gadżetami. Co tu się dziwić, trzeba raczej pokazywać im intensywniej świat prawdziwy i zasady w nim panujące.

iPhone, laptop czy tablet to zabawki kuszące. Dla rodziców prawdopodobnie bardziej, niż dla dzieci. Wiem, że gdy dam Zu telefon, najlepiej z otwartym katalogiem zdjęć, mam ją z głowy. Skutecznie. Mogę odpocząć, zrobić coś dla siebie, nie robić nic i się tym stanem upajać. Ilekroć się na to decyduję, mam wyrzyty sumienia, bo spławiam własne dziecko. Wyrzuty narastają, gdy obserwuję, jak Zu reaguje, gdy jej zabieram telefon czy inny elektrogadżet. Wścieka się, rzuca i wydziera. Zachowuje się, jakby była uzależniona. Wystarczy chwila przy iPhonie czy tablecie, wcale nie musi spędzać z tą elektroniką długich godzin. Narkotyk. To naprawdę daje do myślenia.

Czasem oglądamy zdjęcia razem. Lubię to, wtedy opowiadam jej o każdym z nich, Zu pyta o wszystkie osoby, które widzi, jest bardzo zainteresowana. Pielęgnuje przy tym miłość własną – nic tak jej nie zachwyca, jak widok samej siebie na zdjęciu. Eksploduje radością, „tatoooo, ditiiiiii! (czyli ona)”, upewnia się, czy widzę to wspaniałe dziecko na zdjęciu, czy należycie podziwiam. Reaguje tak samo za każdym razem, oglądanie samej siebie nie jest w stanie jej znudzić. Trzeba uczciwie przyznać – fajne z niej dziecko. Nie dziwię się.

zu i laptop

Ojciec dobry, ojciec zły

Zbliża się dzień ojca, więc o męskim rodzicielstwie mówi się dużo. Ogólnie mam wrażenie, że w ostatnim czasie ten temat żyje, ojcostwo jest poddawane wszechstronnej analizie, krytyce i obserwacji. Przeczytałem wywiad z Zimbardo, który twierdzi, że „stary” ojciec wali się w gruzy, a nowy jeszcze się nie narodził. Dużo mówi się o poszukiwaniu naturalnego balansu pomiędzy męskością a opiekuńczością, byciem silnym i jednocześnie czułym, poświęcaniu czasu dziecku przy jednoczesnym aktywnym działaniu w zawodzie. Jak to ostatnio w modzie, lansuje się ideał, czyli opcję „mogę mieć wszystko i będę miał wszystko”. Będę miał kupę forsy i rewelacyjny kontakt z dzieckiem, świetną relację z żoną i samorealizację w pracy, wszystko na sto procent. Widzę w tym istotny mankament w postaci braku pokory względem życia, które zawsze coś odbiera, aby człowiek nie zwariował na punkcie własnego geniuszu. I tak powinno być. Nie twierdzę, że nie warto walczyć o to, aby życie wyglądało tak, jak ktoś sobie wymarzył. Zdaje mi się tylko, że warto się po prostu cieszyć tym, co mamy, nawet, jeżeli teoretycznie moglibyśmy mieć więcej i lepiej. To wcale nie jest zgniły kompromis. Gdy się nastawimy na maksimum, łatwo o poczucie zawodu i  niespełnienia.

Nie wiem, kim jest „nowy” ojciec. Obserwuję zmianę, która idzie szerokim frontem. Rzeczywiście, stereotyp twardego, chłodnego i zdystansowanego ojca, który był wiele lat temu w użyciu, odchodzi w przeszłość. To dobrze, zwłaszcza dla dzieci. Jestem jednak daleki od ślepej krytyki tego modelu. W aktualnych czasach mamy wielki komfort wyboru w atmosferze wolności i braku zewnętrznych, obiektywnych zagrożeń. Nasi ojcowie, a zwłaszcza dziadkowie żyli w stałej niepewności, dla nich priorytetem było przetrwanie fizyczne, a taka perspektywa nieco inaczej układa relacje. Gdy słucham wojennych wspomnień mojej Cioci S., nie mogę uwierzyć, że ludzie byli w stanie pewne sytuacje przetrwać. Co dopiero mówić o właściwym ustawianiu relacji rodzic – dziecko. Taka była historia, takie były czasy. My szczęśliwie możemy wybierać.

Skoro tak, wybieram kontakt, wspólny czas, relację tak bliską, jak się da. Nie było to efektem skomplikowanych decyzji, przyszło samo. Oprócz intuicji pojawiały się dodatkowe motywacje. Jedną z najsilniejszych była chęć uniknięcia strachu w relacji z moim dzieckiem. Aby to się udało, nie można unikać żadnych czynności, trzeba robić przy dziecku wszystko, co się da. Wtedy łatwiej oswoić lęk, bo wiadomo, że wspólnie można przejść przez każdą sytuację bez szwanku dla żadnej ze stron. Niektórzy z zasady nie chcą przewijać / kąpać / zostawać samemu z dzieckiem. W moim odczuciu to niepotrzebne samoograniczanie się, wyznaczanie sobie zbędnych granic, skazywanie się na nieustanną obawę typu „co zrobię, jak nie wróci na czas..?”. Nie chcę takich postaw oceniać, nie znam szczegółowych motywacji. Czuję jednak, że te dziesiątki prozaicznych czynności wykonywanych przy dziecku budują relację i zaufanie, sprawiają, że przebywanie razem staje się w pełni naturalne, swobodne, pozbawione napięcia.

Można zarzucić mi tendencję do lansowania się jako superrodzica, który chwali się wszem i wobec, jak to dzielnie sobie radzi. Aby zneutralizować oskarżenia o bezgraniczną próżność oświadczam, że nie jestem superrodzicem. Naprawdę. Popełniam masę błędów, widzę je, czasem reaguję bezradnością, czasem wściekłością, często żałuję swoich czynów i decyzji. Mam jednak pewność, że budowanie bliskości, czasem kosztem złych decyzji, działa jak bezpiecznik. Gdy będę z Zu wystarczająco blisko, gdy będzie mi ufała, wszystko da się naprawić, nawet, gdy zrobię coś głupiego, niepotrzebnego, szkodliwego. Wierzę, że ten kontakt będzie działał też w drugą stronę – przyjdzie czas, gdy Zu będzie robić głupie i niebezpieczne rzeczy, nie łudzę się, że będzie inaczej. Może wtedy szybciej zauważę, może szybciej zareaguję. Może mi zaufa i sama powie. Nie wiem. Może.

Widzę, że dyskusja o ojcostwie czasem idzie w kierunku lansowania jedynie słusznego modelu ojca czułego, delikatnego, ciepłego, wspierającego, kontrującego schematy z dawnych lat. To wszystko ma sens, bez wątpienia. Jednak im bardziej sprawa nabiera wymiaru ideologicznego (czyli chwalmy „nowego” ojca, niszczmy „starego”), instynktownie trzymam się z daleka. Wydaje mi się, że absolutnie kluczową sprawą jest budowanie takiego modelu własnego ojcostwa, które jest zgodne z naszą naturą i wartościami, idzie z prądem naszej osobowości, jest prawdziwe, a nie wykute na pamięć. Chodzi o wiarygodność, zresztą dzieci to doskonałe detektory fałszu, i tak go wyczują i wypunktują. Rewolucja niszczy, ewolucja buduje – bazujmy więc na tym, co już mamy i próbujmy to konstruktywnie rozwijać. Oczywiście w tych wychowawczych wyborach trzeba zachować granice, które wyznacza dobro dziecka. Jednak jeżeli ktoś ma ogromny problem z przewijaniem i jest w stanie się na partnerskich zasadach dogadać z mamą swojego dziecka, że nie będzie tego robił – czemu nie. Może dzięki temu wykaże się na innej płaszczyźnie, gdzie da z siebie wszystko.

Medium

Już dawno temu, gdy Zu była zupełnie mikra, zauważyłem, że dziecko to medium – uruchamia relacje między dorosłymi, nawet takie chwilowe, z pozoru nieistotne. W naszej kulturze ludzie obcy zazwyczaj nie nawiązują ze sobą relacji bez wyraźnego powodu. Ktoś, kto nagle zagaduje kogoś na przystanku, chodniku czy w sklepie, jest uważany za natręta, dziwaka lub – gdy rzecz dotyczy przedstawiciela płci przeciwnej – osobnika dążącego do nawiązania bliższej relacji, z intymną włącznie. Reasumując – taką osobę się zazwyczaj instynktownie spławia, aby uniknąć problemów i sytuacji niewygodnych. Sam nieraz czułem się spławiany, ponieważ lubię obserwować ludzi, patrzeć na nich. Jeżdżąc czasem autobusem przyglądam się im, tak po prostu, z czystej ciekawości. Gdy moje spojrzenie spotyka się z innym, następuje szybka reakcja, wzrok osoby obserwowanej koncentruje się na wnikliwej lekturze rozkładu jazdy czy też regulaminu ZTM. Twórca tegoż regulaminu byłby dumny, gdyby wiedział, jak wiele osób studiuje jego zapisy. W każdym razie jakikolwiek kontakt w takiej sytuacji zdarza się sporadycznie, small talki to rzadkość, a człowiek jest skazany na milczenie.

Pojawienie się dziecka wiele tu zmienia. Staje się ono pewnego rodzaju medium, skupia uwagę innych. Czyni to rzecz jasna zupełnie nieświadomie. Ludzie zaczynają zagadywać, pytać, uśmiechać się. Nie wszyscy, nie zawsze, jednak to wyraźne. Dziecko uruchamia w ludziach pokłady spontanicznej życzliwości. Czasem to zupełnie nieoczekiwane. Moje najbardziej ekstremalne przeżycie w tym zakresie miało miejsce w autobusie linii 147, gdy wracałem z Zu do domu. Ten sam autobus jako środek transportu wybrało dwóch panów, odzianych na sportowo, lwią część swego życia oddających kulturze, ale tej fizycznej. Dwóch wielkich, łysych bydlaków, mówiąc wprost. Stałem obok nich, czułem aromat świeżo spożytych czterdziestu procent w płynie. Zu z zaciekawieniem się im przyglądała, bo nieczęsto miała możliwość podziwiania tak wielkich okazów osobników tego samego gatunku. Jeden z nich obrócił się w moją stronę i zaczął się przyglądać, tym razem ja oddałem się z zapałem lekturze regulaminu ZTM. Po chwili spojrzał na Zu, ja poczułem się już naprawdę źle, po czym zaczął robić minki, wydawać z siebie dziwne odgłosy, aby ją rozśmieszyć. Przy tym zasypał mnie lawiną pytań o wiek, imię, to, jak śpi i co lubi jeść. Po kilku chwilach grzecznie się pożegnał i zniknął.

Dziwni ci dzisiejsi dresiarze.

Mniej ekstremalne, ale bardziej dające do myślenia interakcje Zu funduje mi na naszym osiedlu. Mieszkamy tu od trzech lat z górką i do niedawna nasz kontakt z ludźmi był bliski zera. Nie wiedziałem, jak się nazywają. Nic. Myślę, że to częsty przypadek w dzisiejszym miejskim życiu, taki syndrom garażu podziemnego – ludzie przestali się mijać w codziennych sytuacjach, ponieważ wracają z pracy, parkują w garażu, wsiadają do windy, wysiadają z windy, znikają w mieszkaniu. Nie spotykają się, więc się nie znają. U nas nie ma windy, więc czasem mija się kogoś na schodach.

Gdy pojawiła się Zu, zaczęły się spacery i drobne uprzejmości. Gdy Zu zaczęła się samodzielnie przemieszczać, dołączyliśmy do społeczności patio – czasem dyżurujemy tam patrząc, czy Zu nie robi sobie krzywdy tocząc nierówną walkę ze sprzętami należącymi do starszych dzieci. Nie jesteśmy jedyni – właściwie zawsze ktoś tam jest, więc dziwnie tak stać jak kołek i patrzeć w niebo. Zaczynają się small talki, przyjazne gesty. Zaczyna się kontakt. To dla mnie wspomnienie czasów minionych, gdy sam byłem dzieckiem. Wtedy wszyscy się znali, rodzice niemal wszystkich moich kolegów znali moich rodziców, spotykali się ze sobą, tworzyli społeczność. Mimo, że nie jestem lwem salonowym i mistrzem sąsiedzkiej gadki, a zazwyczaj wybieram samotne, wielogodzinne spacery z Zu po lesie, to ten sąsiedzki kontakt sprawia mi ostatnio prawdziwą przyjemność.

I tak właśnie dwulatka buduje rodzicom relacje społeczne.

1