Bat na lenia

Moja trzyletnia już obserwacja sposobu, w jaki pojawienie się dzieci zmienia rzeczywistość osobnika dorosłego, obfituje w rozmaite wnioski. Ostatnio przywiało do mnie kolejny. Dzieci bezlitośnie punktują wszelkie przejawy lenistwa, do którego przywykłem w życiu przed dziećmi i które tak czasem uwielbiałem. Nie tolerują go i leczą nas z tej przypadłości z wściekłą determinacją.

Jest to szczególnie wyraźnie widoczne, gdy zostaję w domu sam z dziećmi. Dlaczego? Gdy rodzina w komplecie, a człowiek notuje spadek formy, stosując komunikację wprost lub używając nieco zakamuflowanego przekazu i rozmaitych tricków można przerzucić ciężar opieki nad dziećmi na żonę. Żona co prawda nie zawsze się daje, jednak jakieś prawdopodobieństwo sukcesu jest. Gorzej, gdy zostaję sam na sam z dwoma mikrusami, od razu po powrocie z pracy, po średnio przespanej nocy, bez formy i kondycji. Wtedy wyjścia są dwa – zmobilizować się i wykrzesać z siebie nieco energii, aby aktywnie spędzić czas z dziećmi (wskazane) lub zaplanować czynności tak, aby przejść w stan stand by, niskie zużycie energii lub całkowite uśpienie (mniej wskazane). W takiej sytuacji używam wszelkich dostępnych zasobów resztek inteligencji, aby skłonić je do samodzielnej zabawy i wzajemnej interakcji, podczas której mój udział ogranicza się do biernego monitoringu z pozycji horyzontalnej. Mało to ambitne, ale czasem inaczej się nie da. Z przykrością (dla mojej regeneracji) i radością (z punktu widzenia rozwoju relacji ojciec-dzieci) stwierdzam, że ten stan jest raczej idylliczną wizją i marzeniem chwili niż realną, regularną praktyką. Otóż, jak się okazuje, dzieci nie tolerują lenistwa. Nie mogą patrzeć na bezczynność, nie znoszą widoku bezwładnego cielska zalegającego na sofie z półprzymkniętymi oczami. Natychmiast porzucają wszystkie przygotowane przez mnie układanki, książeczki i zajmowacze czasu i domagają się, abym się spionizował i należycie wypełnił swoje obowiązki. Wtedy pojękując wstaję, rozglądam się po pokoju szukając brakującej energii i dołączam do dzieci. Co ciekawe, gdy zamiast położyć się na kanapie od razu po powrocie do domu ruszam do wykonywania obowiązków domowych, przykładowo ogarniając kuchnię, salon, zmywając, porządkując, przeglądając Kozaka na okoliczność posiadania kleszczy, składając pranie, wieszając pranie – patrzą zaciekawione, zwłaszcza Basia. Obserwuje każdy ruch siedząc w miejscu, czasem podejdzie bliżej, aby dokonać szczegółowego oglądu owoców moich działań. Jest zainteresowana, bo coś się dzieje. Gdy tylko podejmę nieśmiałą próbę odpoczynku, natychmiast pojawia się zestaw standardowych aktywności protestacyjnych – buczenie, machanie kończynami, w przypadku braku reakcji – wrzask, będący formą ultimatum. Poddaję się szybko, walka nie ma sensu, wszak ciężko wytłumaczyć niemowlakowi, że prawo do zalegnięcia na kanapie należy do katalogu podstawowych praw człowieka. Trzeba zaspokoić potrzebę, czyli aktywnie poświęcić dziecku uwagę lub wrócić do wykonywania czynności, które będą dla dziecka ciekawe. Konkluzja – dzieci wpływają na znaczący wzrost naszej efektywności i redukcję czasu zmarnowanego. Niemowlaki powinny zasiedlać biura Mordoru – wskaźniki wydajności w korporacjach wzrosłyby znacząco.

Ostatnio, będąc w ostrej desperacji – doświadczyłem wielkiej kumulacji braku snu, czasu na odpoczynek i energii – położyłem się koło moich córek na podłodze licząc, że jedna ręka wystarczy, aby się z nimi pobawić i ułożyć coś z klocków. W tym czasie reszta ciała miała oddać się odpoczynkowi. System działał tylko przez chwilę, po kilku minutach zasnąłem. Równie szybko obudziłem się po ciosie, który wymierzyła mi Basia drewnianą zabawką. Jak widać, tak też się nie da.

Muszę popracować nad planem dnia tak, aby regenerować się kiedy indziej. Wtedy będzie więcej energii i mniej dylematów, czy zabrać córki na spacer do lasu i rzucać patyki Kozakowi tarzając się przy okazji w trawie, czy też wymyślać kolejne sposoby, jak zalec bez życia w domu tak, aby nie zostać natychmiast ukaranym przez młode pokolenie.

Tylko jak?

IMG_7687

 

Reklamy

Tuptup i komunizm

Wiosna puka do drzwi. Robi to dość niemrawo, ale kalendarza nie oszuka. Narastające ocieplenie otwiera przed Zu nowe perspektywy aktywności outdoorowej. W zeszłym sezonie nie była w pełni samodzielna ruchowo, więc to my decydowaliśmy. W tym sezonie czas naszej hegemonii ewidentnie się kończy, rządy nad swymi nogami obejmuje dziecko.

Mieszkamy na kameralnym osiedlu w warszawskim Międzylesiu. Jest ono wyposażone w patio, czyli raj dla dzieci i zmorę dla mieszkańców w bardziej zaawansowanym wieku. W zeszłym roku Zu patrzyła na patio rozmarzonym wzrokiem przez okno, widać było, jak bardzo ją ciągnie do innych małoletnich. Wtedy nie było warunków fizycznych, aby w pełni uczestniczyć w osiedlowym życiu. Pierwsze tegoroczne ciepłe dni rozwiały wszelkie wątpliwości. Nastąpiła inwazja.

Chwilowa dygresja – Zu na chrzciny dostała od naszych przyjaciół drewniany rowerek – tuptup. Nazwa własna tłumaczy sposób użytkowania – sprzęt ma dwa koła, nie ma pedałów – należy się odpychać od ziemi stopami. Zadaniem mikrusa jest utrzymać równowagę i zasuwać do przodu, ile sił w nogach. Zu miewa naturę ekstremalną, więc już przy pierwszych próbach zaczęła rozwijać znaczne prędkości, intuicyjnie nauczyła się hamować i kontrolować równowagę przy zjazdach i podjazdach. Lubi długie dystanse – gdy spacerujemy po lesie, potrafi przejechać kilometr i więcej. Zaliczyła kilka kontrolnych uderzeń o podłoże, ale obyło się bez widocznych kontuzji.

Wróćmy na patio. Jego skład osobowy przeczy tezom o fatalnej sytuacji demograficznej naszego kraju. Gdy na zewnątrz ciepło, lata tam wiecznie chmara dzieciarni w każdym wieku. Zu postanowiła dołączyć do swojej grupy wiekowej.

Aby nie wbijać się na imprezę z gołymi rękami, wyposażyła się w tuptupa. Od pewnego czasu pożądliwie zerkała w stronę hulajnogi sąsiada. Wzięła sprawy w swoje ręce, porzuciła rowerek i przejęła hulajnogę. Sąsiad wsiadł na tuptupa, jednak nie zagustował w kolarstwie, więc zażądał zwrotu hulajnogi. Zu w tym czasie dostrzegła piłkę, więc pogoniła za nią. Tuptup został przygarnięty przez inną dziewczynkę, która chwilę wcześniej przestała bawić się wielkim, czerwonym autem kolegi. Kolega przejął hulajnogę, którą sąsiad porzucił na rzecz czerwonego auta. I tak w kółko. Obserwując to zjawisko zdałem sobie sprawę, że doświadczam właśnie pomyślnie przeprowadzonego eksperymentu, polegającego na samoistnym wdrożeniu w życie pewnej formy komunizmu. Przy okazji to prawdopodobnie jedyny gatunek komunizmu, który nie krzywdzi istoty ludzkiej i nie ma charakteru rewolucyjnego. Dochodzi tu ewidentnie do uspołecznienia własności prywatnej, w tym wypadku środków rozrywkowych i rekreacyjnych. Wszystkie przedmioty, łącznie z jedzeniem, zaczynają krążyć w jednym obiegu, nieustannie zmieniając użytkowników. System działa nieźle, choć czasem dochodzi do spięć, niekiedy intencje użytkowników są zbieżne i dochodzi do rękoczynów. Ale wszystko w granicach akceptowalnej normy. Z tego, co widzę, osiedlowy komunizm to ustrój funkcjonujący od dawna – większość dzieci zostawia swoje sprzęty sportowe i zabawki na zewnątrz, każdy bierze to, na co ma ochotę i nikogo nie pyta o zdanie.

Zu dość dobrze odnalazła się w tym systemie, co rozpoznałem po histerii, jaką urządziła w związku z moim pomysłem powrotu do domu.

Aby się dostosować do zasad obowiązującego ustroju, tuptupa zostawiliśmy na zewnątrz.

zu i tuptup