Nosiciele dobrych rad

W niektórych ludziach na wieść o tym, że ktoś z bliskich zostanie rodzicem, włącza się poczucie misji. Polega ono na odpowiednim zadbaniu, aby wspomnianą osobę zalać falą rozmaitych porad i sugestii, wyzwolić ją ze strachu oraz obaw, oswajając temat nadchodzącego rodzicielstwa. Realizacja tej misji często trafia na bardzo chłonny grunt – na wieść o zbliżającej się rewolucyjnej zmianie w ich życiu, przyszli rodzice reagują zrozumiałym lękiem i wracającym raz po raz pytaniem: co to będzie?

Na brak doradców raczej nie będą narzekać. To z jednej strony grupa ludzi, którzy są im życzliwi i widząc, jak bardzo się przejmują, chcą zamienić ich niepewność w nadzieję i optymizm. Dodać otuchy. Ludzki odruch, współgrający z instynktem samozachowawczym, każącym przyszłym ojcom i matkom jak najlepiej przygotować się do tej wielkiej zmiany. Druga grupa to Osoby, Które Zawsze Wiedzą Lepiej. Na ich ataki należy się stosownie przygotować i opracować strategię samoobrony. Jak wiadomo, w społeczeństwie jest cała masa najwyższej klasy specjalistów do spraw doradzania innym, jak mają żyć, z kim, jak prowadzić własny biznes, wreszcie jak wychowywać dzieci. Mają proste recepty na sukces i nie wahają się ich użyć. Zazwyczaj ich osobiste CV nie potwierdza deklarowanej wszechwiedzy i pewności siebie; nie zawracają sobie jednak tym głowy i niezrażeni tą niespójnością podejmują liczne próby ukierunkowania naszych działań na trudnej drodze życia. Nosiciele Dobrych Rad to ludzie, którzy są głęboko przekonani, że mają rację. Zawsze. Bez względu na to, czy na danej materii się faktycznie znają, czy nie mają o niej pojęcia. To, że mogą tej racji nie mieć, nie przechodzi im nawet przez myśl; taka wątpliwość wprawiłaby ich w stan niebezpiecznej psychicznej niestabilności, wykonują więc codzienną, ciężką pracę aby coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że Świat to oni. A potem działa już logika – skoro inni błądzą, mają obowiązek nauczania tychże innych w imię wyprowadzania ich z ciemności w sferę jasną. Z potem na czole wykonują wynikające z tego obowiązku zadania nie przejmując się specjalnie, czy nauczani są ich aktywnością zainteresowani. Skoro wiedzą lepiej, muszą tę wiedzę ulokować w umysłach błądzących. Dla ich dobra.

Nie cierpię, gdy ktoś na siłę próbuje mnie do czegoś przekonać, zwłaszcza w materii tak delikatnej i osobistej, jaką jest rodzicielstwo. Sam też staram się unikać dawania rad innym, choć pokusa jest duża – włącza się próżność, mój osobisty wróg. Rozmawiając z kimś, kto niebawem zostanie rodzicem, pod czaszką kłębią się pełne samozadowolenia myśli: „zacznij mówić, wyzwól potok treści wynikających z doświadczeń twojego dwukrotnego już ojcostwa, przecież tak wiele już wiesz, ten ktoś na pewno bardzo tego potrzebuje, zrobisz mu przysługę“. Trudno się powstrzymać. Gdy jednak uda się jakoś okiełznać miłość własną, warto taką rozmowę przeprowadzić zupełnie inaczej. To, co mnie przekonuje, to dzielenie się doświadczeniem, wymiana myśli. Nasz przekaz nie wbija się wtedy ostrzem w wyobrażenia drugiej strony, nie walczy z nimi, nie próbuje ich zdominować. Nie stawiam się wtedy w roli mentora, do czego nie mam mandatu ani kwalifikacji; raczej proponuję wymianę treści równoległych, bez kursu kolizyjnego. Dominuje wtedy ciekawość, dialog i konstruktywna burza mózgów, rodzi się inspiracja. Można wtedy wyciągnąć dla siebie to, co uważamy za potrzebne i przekonujące, a odrzucić to, czego nie czujemy, co nie jest nasze. Bez narzucania żadnych treści. Wsłuchiwanie się w  inne życiowe historie zawsze działa wzbogacająco.

Z mojej perspektywy jest wiele takich aspektów rodzicielstwa, których najlepsza nawet rada z zewnątrz nigdy nie przebije. Nikt nie zna naszego dziecka lepiej od nas, dlatego czasem zamiast słuchać gadających nam nad głową Wujów/Ciotek Dobra Rada, warto posłuchać naszego dziecka. Jest w stanie przekazać znacznie więcej, niż nam się wydaje, nawet, gdy jeszcze nie mówi. Proponuje ono różne rozwiązania odpowiednio reagując, daje nam bezwarunkową miłość tak intensywną, jak siarczyste emocjonalne kopniaki, które dostajemy, gdy czasem zawodzimy. Każda z takich chwil nas ubogaca, o ile jesteśmy na takie doświadczenie otwarci. Nie oznacza to, że należy się zamknąć na wszystkie bodźce zewnętrzne – to kwestia proporcji. Ja staram się szukać odpowiedniego balansu pomiędzy teorią, wymianą myśli i obserwacją innych, a własnym doświadczeniem wspólnego życia z dziećmi. Nasze córki zazwyczaj komunikują nam, gdzie jesteśmy na tej drodze. Gdy zbaczamy, dają nam jasne sygnały. Wystarczy wtedy posłuchać i wrócić na odpowiednią ścieżkę.

Na koniec odrobina prywaty, czyli domowy PR. Swego czasu byłem żołnierzem frakcji, którą w tym tekście obficie podlewam ironią. Broniłem swoich koncepcji do upadłego, a gdy okazywało się, że nie mam racji – jeszcze zacieklej. Gdy w pierwszej fazie związku z G. okazało się, że mamy na wiele spraw bardzo odmienne poglądy, miałem dylemat – walczyć czy zacząć słuchać, co ma do powiedzenia. Ona zaproponowała dialog, który z czasem nauczył mnie dystansu do siebie i otwartości na odmienne myśli. Więc dzięki żono. Gdyby nie te rozmowy, czytając ten felieton uznałbym, że pisze go jakiś dzielący włos na czworo miętus, a nie prawdziwy facet, który potrafi bronić swoich racji.

Tekst opublikowany w magazynie oMatko!

Jak wyjechać na wakacje z dziećmi i zachować zdrowie psychiczne

Nie jesteśmy ludźmi, którzy są mocni w planowaniu. Gdy rodziły się nasze dzieci, nie mieliśmy w głowach gotowego projektu, rozpisanego na najbliższe lata ich życia. Do tej pory nie mamy pojęcia, do jakich szkół pójdą czy jakie zajęcia dodatkowe będziemy im organizować, gdy przyjdzie na to czas. Wieczne odkładanie rozmaitych planów tłumaczymy zazwyczaj piękną ideą spontanicznego podejścia do życia – wtedy jest nam łatwiej pogodzić się z często nas trapiącym osobistym nierozgarnięciem. Podobnie było z tegorocznymi wakacjami – do niedawna nie było żadnego planu, co będziemy robić, gdzie pojedziemy. Zazwyczaj mamy szczęście i w końcu udaje się wymyślić coś, z czego wszyscy jesteśmy zadowoleni – nie inaczej było tym razem. Pojawiła się propozycja ze strony przyjaciół, którzy mają wspaniałego, starego, zabytkowego kampera: bierzcie, jedźcie, korzystajcie. Był do dyspozycji w lipcu, więc bez dłuższego zastanawiania się podjęliśmy decyzję, że jedziemy.

 

Kierunek docelowy – morze. Tam jest dużo piasku, czasem również słońca (choć ci, którzy trafiają na pogodę nad morzem w lipcu to niewielka garstka szczęśliwców), dzieci w piasek się wstawia, tkwią tam z radością godzinami. Rodzice mogą odpocząć fizycznie (ich aktywność ogranicza się do wzrokowego monitoringu stanu bezpieczeństwa i przestrzegania granic wyznaczonej zawczasu strefy) i duchowo (zachłanne pochłanianie pokrytych kurzem lektur, które zabierali ze sobą na wszystkie inne wyjazdy i nie wyjmowali ich nawet z bagażu).

 

Sam kamper – bajka. Niespełna trzydziestoletni Citroën C25. Od zawsze benzyna była istotnym składnikiem mojej krwi, więc siłą rzeczy nie mogłem przepuścić takiej okazji. Stary, klekoczący diesel, oldschoolowe wyposażenie, zasłonki w oknach i wszystko zadbane, w doskonałym stanie. Nienowoczesny charakter tego samochodu determinuje sposób spędzania czasu i podróżowania. Gdy realna prędkość maksymalna to 60, najwyżej 70 km/h, wszystko zwalnia. Przyzwyczajony do robienia czasówek na trasie i ekscytowania się tym, że nad morze przejechałem 20 minut szybciej niż ostatnio, musiałem się mocno przestawić. Natychmiast jednak dostrzegłem, jaką wartość ma powolne przemieszczanie się po Polsce, jak pięknym krajem jest. Jadąc wolno siłą rzeczy unika się autostrad – są bez sensu, gdy jedzie się sześćdziesiąt na godzinę. Sens mają gminne i powiatowe, wąskie drogi, na których nie ma ruchu, a które są tak blisko natury, jak to możliwe. Nagle okazuje się, że dosłownie wszędzie jest coś ciekawego, co można zobaczyć, coś pięknego, czym można się zachwycić. Podróż nad morze zajęła nam trzy dni. Nocowaliśmy w środku lasu, nad jeziorem na Kujawach, potem też nad wodą w Borach Tucholskich. Za każdym razem cieszyłem się jak dziecko z możliwości, jakie daje wożenie domu ze sobą. Wolność – jedynym architektem planu jest to, na co mamy ochotę. Chcemy do cywilizacji? Nie ma problemu, podjechaliśmy do designerskiej mariny w Bydgoszczy na lody, dzieci miały frajdę. Jak najdalej od niej? Na bocznych drogach za Tucholą łatwiej spotkać jelenia, niż inny samochód.

A co na to dzieci? Znając ich temperament i ciekawość świata była duża szansa, że im się spodoba. Nie obyło się jednak bez sytuacji kryzysowych, które na początku naszej podróży wystrzeliły mnie poza granice opanowania i cierpliwości. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że podstawą sukcesu jest dbałość o rytuały i potrzeby dzieci. Nie przewidzieliśmy tego, jak dużą zmianą będzie dla nich przesiadka do domu na kółkach. Ogromna dawka nowych wrażeń, połączona z tradycyjną, wiszącą w powietrzu spiną, która zazwyczaj towarzyszy wyjazdom na wakacje okazały się mieszanką, która przerosła Zu i Basię. Pierwsza noc była koszmarna – młodsza budziła się z krzykiem w środku nocy i nad ranem, starsza budziła się w związku z tym krzykiem. Obie zmęczone i niewyspane dały czadu w trakcie dnia, mi niejednokrotnie puściły nerwy, po czym zawsze mam kaca jak diabli, bo przecież nawet największa histeria nie jest intencjonalnym działaniem dziecka przeciwko nam. To wszystko jednak łatwo zrozumieć, gdy człowiek się uspokoi. W trakcie akcji czasem trudno wyhamować i pojawia się krzyk, gwałtowne gesty i niepotrzebna eskalacja.

 

Gdy emocje opadły i wszyscy dostatecznie zmęczyli się serią wewnątrzrodzinnych eksplozji, wszystko zaczęło wracać na właściwe tory. Receptą na spokój okazała się większa uważność na potrzeby dzieci. Zauważyliśmy, że długa jazda męczy je bardziej niż nas, bo samochód jest głośny i telepie na wybojach. Zaczęliśmy dbać o to, aby spały w swoich porach, bo wtedy miały zupełnie inną energię, a poziom marudzenia spadał do bezpiecznego poziomu. Staraliśmy się nie dopuścić do tego, aby podróżowały głodne. Proste rzeczy. Na tyle proste, że łatwo o nich zapomnieć, gdy dzieje się tak wiele. Utwierdziliśmy się też w przekonaniu, że motywacja czyni cuda. Gdy Zu zaczynała jęczeć mimo, że była wyspana, najedzona i nic szczególnego się nie działo, przypominaliśmy o celu naszej podróży. Zostaliśmy na kilka dni zaproszeni przez znajomych do Dębek. Są rodzicami bliźniaczek, przyjaciółek Zuzy. Wystarczyło jej przypomnieć o nadchodzącym spotkaniu i wszelkie uciążliwości podróży nagle znikały. Wniosek: jeżeli chcesz realnie odpocząć, zadbaj o dobre towarzystwo dla swoich dzieci, a wizja spotkania ulży trudom przemieszczania się po kraju. Dzięki temu zaproszeniu siedzimy właśnie na piasku nad morzem ciesząc się piękną plażą i niezłą pogodą, a dziewczyny latają w pobliżu same organizując sobie czas. Wspaniały widok. Dlatego zamykam laptopa, otwieram książkę i wytrzęsioną w drodze z Warszawy butelkę prosecco. A co. Pan ma relaks.

Tekst opublikowany na portalu oMatko! 

Projekt: Ojciec w Teatrze Kana – po premierze

Przełom września i października oznaczał dla mnie dwudniową emigrację z Warszawy aż do Szczecina. Czemu tak daleko? Chwilowo odrzuciłem postawę typu „ja to w żżżżyciu bym do teatru nie poszedł!”. Rzadko chodzę, ale teraz był powód. Gruby powód. Sztuka o ojcach, w dodatku z niewielkim udziałem mojej pisaniny. Gdy ekipa z Teatru Kana wysłała zaproszenie na premierę, nabyłem drogą kupna bilet PKP i ruszyłem w trasę.

6 godzin pociągiem w jedną stronę to wprost idealny czas, aby popracować i napisać kolejny tekst. Okazało się, że w pociągu nie ma gniazdek, nie mówiąc o internecie. Sprzęty mi padły, padłem i ja, po przebudzeniu uzupełniłem braki w czytelnictwie.

Ale do rzeczy – sztuka. Byłem bardzo ciekaw, jak Mateusz Przyłęcki, scenarzysta i reżyser w jednej postaci, połączy teksty różnych piszących ojców w jedną, spójną całość. Połączył! Udało się dzięki ekspresyjnej, mocnej i prawdziwej grze aktorskiej. Tomasz Grygier, Krzysztof Sanecki i Piotr Starzyński spięli te różne przecież teksty nadając im osobisty, charakterystyczny dla każdego z aktorów wymiar. Nie miałem wrażenia chaosu czy skakania bez końca po urywanych w kółko tematach. Sztuka jest fajnie zbalansowana – jest dużo ognia (głównie płonącego z tekstów Tomka Kwaśniewskiego), sporo typowo męskiego, zdystansowanego i lekko prześmiewczego podejścia do rodzicielstwa, które wszyscy tak lubimy (tyle, ile trzeba – nie za dużo), ale Mateusz znalazł też odpowiednio dużo miejsca na teksty poważne, skłaniające do refleksji, czasem smutne, emocjonalne. Właśnie – emocje. Mimo różnorodności klimatu tego spektaklu, to emocje, przynajmniej dla mnie, wybrzmiewają najsilniej, są najważniejsze. Emocje, relacje, czyli „miękkie” tematy, nad którymi my, faceci, powinniśmy pracować z największą uwagą. Co jednak ważne, postaci narysowane przez reżysera i aktorów nigdy nie przestają być mężczyznami z krwi i kości. Są prawdziwi. I to połączenie zdaje się być największym dla nas wyzwaniem.

Aktorzy grają na pełnej petardzie, z pełnym zaangażowaniem, czego dowodem są ich mokre od wysiłku t-shirty po spektaklu. Widać, że są ojcami, że wiedzą, o co chodzi. Dzięki temu ich postaci są szczególnie wiarygodne.

Element, który najbardziej utkwił mi w pamięci, to mocny, świetny pomysł muzyczny na ilustrację złości i bezsilności mężczyzny wobec sądu, jednoznacznie zorientowanego na prawa kobiety, odcinającego ojca od dziecka. Dla mnie był to najbardziej poruszający moment w całym spektaklu.

Udział moich tekstów w scenariuszu był na tle innych piszących ojców niewielki, co nie zmienia faktu, że czułem się jak u siebie. Dzięki za to całej ekipie Kany.

14445954_510391185836650_2495403170397139459_n

P.S. Kto nie był w Szczecinie, w drogę i ogień! Sama filharmonia to kawał genialnej, błyskotliwej architektury, od której nie mogłem się oderwać. Zjawiskowe.

img_0104

Bat na lenia

Moja trzyletnia już obserwacja sposobu, w jaki pojawienie się dzieci zmienia rzeczywistość osobnika dorosłego, obfituje w rozmaite wnioski. Ostatnio przywiało do mnie kolejny. Dzieci bezlitośnie punktują wszelkie przejawy lenistwa, do którego przywykłem w życiu przed dziećmi i które tak czasem uwielbiałem. Nie tolerują go i leczą nas z tej przypadłości z wściekłą determinacją.

Jest to szczególnie wyraźnie widoczne, gdy zostaję w domu sam z dziećmi. Dlaczego? Gdy rodzina w komplecie, a człowiek notuje spadek formy, stosując komunikację wprost lub używając nieco zakamuflowanego przekazu i rozmaitych tricków można przerzucić ciężar opieki nad dziećmi na żonę. Żona co prawda nie zawsze się daje, jednak jakieś prawdopodobieństwo sukcesu jest. Gorzej, gdy zostaję sam na sam z dwoma mikrusami, od razu po powrocie z pracy, po średnio przespanej nocy, bez formy i kondycji. Wtedy wyjścia są dwa – zmobilizować się i wykrzesać z siebie nieco energii, aby aktywnie spędzić czas z dziećmi (wskazane) lub zaplanować czynności tak, aby przejść w stan stand by, niskie zużycie energii lub całkowite uśpienie (mniej wskazane). W takiej sytuacji używam wszelkich dostępnych zasobów resztek inteligencji, aby skłonić je do samodzielnej zabawy i wzajemnej interakcji, podczas której mój udział ogranicza się do biernego monitoringu z pozycji horyzontalnej. Mało to ambitne, ale czasem inaczej się nie da. Z przykrością (dla mojej regeneracji) i radością (z punktu widzenia rozwoju relacji ojciec-dzieci) stwierdzam, że ten stan jest raczej idylliczną wizją i marzeniem chwili niż realną, regularną praktyką. Otóż, jak się okazuje, dzieci nie tolerują lenistwa. Nie mogą patrzeć na bezczynność, nie znoszą widoku bezwładnego cielska zalegającego na sofie z półprzymkniętymi oczami. Natychmiast porzucają wszystkie przygotowane przez mnie układanki, książeczki i zajmowacze czasu i domagają się, abym się spionizował i należycie wypełnił swoje obowiązki. Wtedy pojękując wstaję, rozglądam się po pokoju szukając brakującej energii i dołączam do dzieci. Co ciekawe, gdy zamiast położyć się na kanapie od razu po powrocie do domu ruszam do wykonywania obowiązków domowych, przykładowo ogarniając kuchnię, salon, zmywając, porządkując, przeglądając Kozaka na okoliczność posiadania kleszczy, składając pranie, wieszając pranie – patrzą zaciekawione, zwłaszcza Basia. Obserwuje każdy ruch siedząc w miejscu, czasem podejdzie bliżej, aby dokonać szczegółowego oglądu owoców moich działań. Jest zainteresowana, bo coś się dzieje. Gdy tylko podejmę nieśmiałą próbę odpoczynku, natychmiast pojawia się zestaw standardowych aktywności protestacyjnych – buczenie, machanie kończynami, w przypadku braku reakcji – wrzask, będący formą ultimatum. Poddaję się szybko, walka nie ma sensu, wszak ciężko wytłumaczyć niemowlakowi, że prawo do zalegnięcia na kanapie należy do katalogu podstawowych praw człowieka. Trzeba zaspokoić potrzebę, czyli aktywnie poświęcić dziecku uwagę lub wrócić do wykonywania czynności, które będą dla dziecka ciekawe. Konkluzja – dzieci wpływają na znaczący wzrost naszej efektywności i redukcję czasu zmarnowanego. Niemowlaki powinny zasiedlać biura Mordoru – wskaźniki wydajności w korporacjach wzrosłyby znacząco.

Ostatnio, będąc w ostrej desperacji – doświadczyłem wielkiej kumulacji braku snu, czasu na odpoczynek i energii – położyłem się koło moich córek na podłodze licząc, że jedna ręka wystarczy, aby się z nimi pobawić i ułożyć coś z klocków. W tym czasie reszta ciała miała oddać się odpoczynkowi. System działał tylko przez chwilę, po kilku minutach zasnąłem. Równie szybko obudziłem się po ciosie, który wymierzyła mi Basia drewnianą zabawką. Jak widać, tak też się nie da.

Muszę popracować nad planem dnia tak, aby regenerować się kiedy indziej. Wtedy będzie więcej energii i mniej dylematów, czy zabrać córki na spacer do lasu i rzucać patyki Kozakowi tarzając się przy okazji w trawie, czy też wymyślać kolejne sposoby, jak zalec bez życia w domu tak, aby nie zostać natychmiast ukaranym przez młode pokolenie.

Tylko jak?

IMG_7687

 

Nadchodząca premiera w Teatrze Kana – Projekt: Ojciec | Teksty TwB w scenariuszu!

Szczeciński Teatr Kana jest na ostatniej prostej etapu przygotowań do premiery nowej sztuki – Projekt: Ojciec. W scenariuszu znalazły się również teksty z książki Tata w Budowie! Jest radość, co tu dużo mówić.

Kilka słów opisu:

Projekt: OJCIEC” to tytuł naszego spektaklu teatralnego. Chcemy w nim opowiedzieć o tym, jak wygląda doświadczenie rodzicielstwa z perspektywy ojców. Scenariusz będzie kompilacją tekstów ojców, którzy piszą blogi i książki na temat ojcostwa oraz autorskich tekstów aktorów – ojców biorących udział w spektaklu.

1. W spektaklu „Projekt: OJCIEC” chcemy opowiedzieć o tym:

  • Jak młodzi mężczyźni odnajdują się dzisiaj w roli ojców?
  • Co daje im doświadczenie ojcostwa?
  • Czy i w czym różnią się od swoich partnerek w podejściu do wychowywania dzieci?
  • Czy udaje im się godzić obowiązki rodzicielskie z zarabianiem na utrzymanie rodziny?

2. Chcemy się przyjrzeć temu jakie są oczekiwania wobec ojców (ze strony ich rodzin i społeczeństwa) i czy ojcowie są w stanie im sprostać.

3. Chcemy też poruszyć temat praw ojca:

  • Czy są sytuacje, w których ojcowie są traktowani inaczej niż matki?
  • Czy państwo wspiera ojców w realizowaniu ich obowiązków rodzicielskich?

Premiera 30.09.2016

Pełny opis projektu na wspieram.to | Projekt: Ojciec

Strona Teatru Kana

kana