‚Zuzia sama’, czyli poszukiwania nieodkrytych zasobów cierpliwości

Zuzia sama.

Te niewinne z pozoru dwa słowa ostatnio stały się źródłem bardzo silnych emocji w naszej rodzinie. Dlaczego?

Ludzkie dziecko od pewnego czasu wybija się na niezależność. To zacna i pożądana postawa, wszak dziecko wraz z biegiem miesięcy i lat powinno w coraz większym zakresie samodzielnie ogarniać otaczającą je rzeczywistość. Taką właśnie skłonność przejawia od pewnego czasu Zu. Jeżeli tylko jest w stanie, przejmuje inicjatywę podczas rozmaitych czynności tak, aby przynajmniej część zadań wykonać osobiście, bez udziału zwierzchnictwa. Tego typu inicjatywy witamy z dużym entuzjazmem – chcemy przecież, aby dziecko było zaradne, samodzielne, ogarnięte. Każda nowa umiejętność cieszy, przy okazji rodzic czasem wręcz puchnie z dumy (‚nauczyłem ją tego, ja!’), ma się czym pochwalić w środowisku, ogólnie pięknie. Istnieje jednak druga strona tego medalu.

Władysław Gomułka rzekł pewnego dnia, że władzy raz zdobytej partia nie odda nigdy. Zu ma podobne podejście do nowo nabytych umiejętności. Gdy uzna, że ma już właściwe kompetencje, przejmuje wszelkie obowiązki wynikające z danej czynności i jest w tym bardzo konsekwentna. Aktualny katalog aktywności, które Zu przejęła na wyłączność, przejawia się następująco (kolejność przypadkowa)

  1. Wkładanie klucza do zamka w drzwiach po spacerze. Ma na to absolutny monopol, co oznacza, że gdy zapomnę jej ten klucz przekazać z odpowiednim wyprzedzeniem, strzela szybkiego Rejtana na klatce schodowej rolując się po podłodze w spazmach rozpaczy. Utrwala to podejrzenia sąsiadów, że jakość naszego rodzicielstwa jest daleka od poziomu „pro”.
  2. Ubieranie się. To proces wielowątkowy, rozciągnięty w czasie. Każda próba pomocy z naszej strony kończy się sykiem – ‚Zuzia sama!!!’. Wszystko fajnie, gdy nie ma deadline’u; można wtedy się delektować samodzielnością dziecka. Gorzej, gdy jesteśmy mocniej osadzeni w przedziałach czasowych i trzeba gdzieś zdążyć. Wtedy pojawia się nerwowość, podniesiony głos, pierwsze oznaki zniecierpliwienia. Zu bezbłędnie je wychwytuje i stosuje triki mające na celu podkreślenie, że łatwo się nie podda. Zaliczają się do nich ucieczki w każdą możliwą stronę, standardowe Rejtany, płacz typu „ci ludzie mnie krzywdzą, pomocy”, a ostatnio – nowość – demonstracyjne rozbieranie się niemal do zera a’la Femen. W sumie jest wspólny mianownik, Zu też protestuje, choć motywacja bardziej przyziemna. Im mniej czasu, tym robi się bardziej nieprzyjemnie. Podnosimy z G. głos, zaczynamy nerwowo latać po domu. Pojawia się wtedy pokusa sięgnięcia po rozwiązania w starym stylu wychowawczym, jednak na szczęście udaje się w porę opamiętać. Pozostaje nerwowe obgryzanie tynku ze ścian w nadziei, że znajdziemy tam dodatkowe zasoby cierpliwości, której standardowe złoża dawno się wyczerpały.
  3. Zakładanie butów. To część procesu omówionego powyżej, jednak zasługuje na osobny akapit. Zu odpowiada w stu procentach stereotypowi płci pięknej w zakresie przywiązania do obuwia. Od wielu miesięcy ma już wyrobiony gust w tej kwestii, nie akceptuje naszych sugestii, kieruje się wyłącznie własną intuicją stylistyczną. Poddaliśmy się, dalsza walka nie miała sensu. Dlatego odwiedzając nas, często można spotkać Zu w majtkach, czapce z nausznikami i w kaloszach, które stanowią clou całej kolekcji. Upiera się i kłóci z nami, chcąc wyjść na dwór w crocsach, gdy za zewnątrz minus 5 i śnieg. Regularnie zakłada buty na odwrót, wie o tym i za każdym razem ostentacyjnie patrzy na nas wzrokiem typu „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”. Po narodzinach Basi wylądowałem z Zu w urzędzie, aby uroczyście wprowadzić noworodka do systemu. Czekaliśmy na korytarzu, przed nami usiadła kobieta z małymi dziećmi, spojrzała na Zu, potem na mnie tym wzrokiem i zapytała od niechcenia: ‚Niech zgadnę, Pan ją ubierał, prawda..?’. Co za dyskryminacja! Nie, nie ja! I to nie ja jestem winien, że ma lewego buta na prawej nodze i na odwrót. To jedna z koncepcji używania obuwia, której nie sposób jej czasem wyperswadować. Co z tego, że jej niewygodnie; czuje to przecież, ale tak ma być. I koniec.
  4. Spacery. Od pewnego czasu Zu żąda, aby uwzględniać jej sugestie przy wyborze trasy i celu podróży. Oznacza to czasem, że w środku lasu stwierdza, że teraz w lewo. Znaczy tam tato. Gdy zaczynam jej tłumaczyć, że musimy w prawo, bo tam jest dom, a z tej oto chmury nad nami za moment spadnie deszcz, grad i całe pozostałe zło, Zu patrzy na mnie obojętnym wzrokiem i wypowiada zaklęcie: „Zuzia sama”. Po czym idzie w lewo. Zrobiłem kiedyś eksperyment i przestałem za nią iść, powiedziałem jej tylko, że ja idę w prawo i że na razie i pa. Schowałem się za drzewem i czekałem, aż wystraszona odwróci się po kilku krokach i zacznie wołać ojca, który wtedy triumfalnie przytuli ją i wytłumaczy, że warto słuchać taty, bo tata wie co w danej chwili dla dziecka dobre. Nie odwróciła się po kilku krokach. Nie odwróciła się w ogóle, zniknęła mi z oczu, nie wołała ojca, po prostu szła tam, gdzie zaplanowała. Gdy zacząłem ją gonić, aby jej nie zgubić, spostrzegła to, jeszcze przyspieszyła, żebym jej czasem nie dogonił. Zuzia sama.

G. pokazała mi swego czasu w internetach rysunek dwóch kobiet, które idą ze swoimi dziećmi. Jedna z nich pyta drugą: ‚Jak ty to robisz, że twoja córka jest taka samodzielna?’. Druga odpowiada jej – ‚Nic. Po prostu pozwalam jej na to’. Dobrze uchwycone. Warto nawet małe dzieci wypuścić na samodzielność, to procentuje, choć czasem wyżej opisane efekty uboczne mogą doprowadzić człowieka do rozpaczy, a czasem konieczności tłumienia wewnętrznej agresji. Ma się wtedy ochotę gołymi rękami zadusić to nieludzkie dziecko, które z błahych powodów rozwala nam plan dnia. Sęk jednak w tym, że są błahe z naszego punktu widzenia. Tylko naszego.

zu cienie

Reklamy

No pain, no gain

Jako ojciec-amator, doświadczam czasem sytuacji, które wzmagają tętno. Mówiąc konkretnie – serce zamiera ze strachu. Ma to miejsce, gdy wydaje się, że coś poważnego stało się dziecku. Szczęśliwie nie dzieje się to często. Dziś jednak Zu wykonała manewr, który takie objawy wywołał.

Zazwyczaj, gdy dziecku dzieje się krzywda – przewróci się, uderzy, wkurzy, cokolwiek – niezwłocznie powiadamia nas o zaistnieniu takich okoliczności. Używa do tego otworu gębowego, wydobywając z niego przeraźliwy, głośny krzykopłacz. System działa o tyle niezawodnie, że nie sposób zdarzenia nie zauważyć z uwagi na poziom decybeli. Wtedy następuje szybki ciąg zdarzeń: lokalizacja dziecka – rozpoznanie powodów kryzysu – wybór metody zaradczej – finał. Metody zaradcze są różne, jednak zazwyczaj działa sekwencja – przytulić – zapewnić o rodzicielskiej miłości – dać się wypłakać – odwrócić uwagę. Na Zu najlepiej działa fotoboard z jej zdjęciami – gdy go widzi, zapomina o łzach, śmieje się, wskazuje palcem i krzyczy: ditiiiiiiiiiiii! (dzidzia – przyp. tłum.)

Dziś scenariusz był inny. Siedziałem w salonie i próbowałem jakkolwiek popracować na komputerze, kolejny raz naiwnie wierząc, że to możliwe do połączenia z opieką nad dzieckiem. Zu na chwilę zniknęła mi z oczu, sądziłem, że poszła do swojego pokoju po zabawki. Nagle usłyszałem bardzo głośny, konkretny łomot. I cisza. Kompletna. Brak jej reakcji postawił mnie na równe nogi. Prosty wniosek – skoro nie płacze, to znaczy, że stało się coś bardzo złego. Pobiegłem do jej pokoju – nic. Do naszej sypialni – nic. Zajrzałem do łazienki – nic! Wyjrzałem na klatkę – też nic. Wołam ją – nic. Zimny pot zlał mi plecy. Gdzie ona jest i dlaczego nie odpowiada???

Co się okazało – Zu pobiegła do łazienki i zdecydowała, że ukryje się przede mną w wannie. Nigdy wcześniej samodzielnie do niej nie wchodziła, więc wywróciła się i uderzyła, pewnie w głowę. Uderzyła się mocno, na co wskazywał poziom łomotu, który usłyszałem. Ale nawet nie pisnęła. Dlaczego? Bo plan tego nie zakładał. A planem było zrobienie ojcu psikusa. Taka sytuacja, jak widać, wymaga ofiar i poświęceń. W innych okolicznościach płakałaby rozpaczliwie.

To pokazuje, jakie cuda może zdziałać motywacja. Gdy jest silna, nawet mały człowiek jest w stanie dużo wytrzymać, aby osiągnąć cel.

Abstrahując od podziwu dla jej determinacji, myślałem, że ją zatłukę. Tak mnie wystraszyła.

oczy