No pain, no gain

Jako ojciec-amator, doświadczam czasem sytuacji, które wzmagają tętno. Mówiąc konkretnie – serce zamiera ze strachu. Ma to miejsce, gdy wydaje się, że coś poważnego stało się dziecku. Szczęśliwie nie dzieje się to często. Dziś jednak Zu wykonała manewr, który takie objawy wywołał.

Zazwyczaj, gdy dziecku dzieje się krzywda – przewróci się, uderzy, wkurzy, cokolwiek – niezwłocznie powiadamia nas o zaistnieniu takich okoliczności. Używa do tego otworu gębowego, wydobywając z niego przeraźliwy, głośny krzykopłacz. System działa o tyle niezawodnie, że nie sposób zdarzenia nie zauważyć z uwagi na poziom decybeli. Wtedy następuje szybki ciąg zdarzeń: lokalizacja dziecka – rozpoznanie powodów kryzysu – wybór metody zaradczej – finał. Metody zaradcze są różne, jednak zazwyczaj działa sekwencja – przytulić – zapewnić o rodzicielskiej miłości – dać się wypłakać – odwrócić uwagę. Na Zu najlepiej działa fotoboard z jej zdjęciami – gdy go widzi, zapomina o łzach, śmieje się, wskazuje palcem i krzyczy: ditiiiiiiiiiiii! (dzidzia – przyp. tłum.)

Dziś scenariusz był inny. Siedziałem w salonie i próbowałem jakkolwiek popracować na komputerze, kolejny raz naiwnie wierząc, że to możliwe do połączenia z opieką nad dzieckiem. Zu na chwilę zniknęła mi z oczu, sądziłem, że poszła do swojego pokoju po zabawki. Nagle usłyszałem bardzo głośny, konkretny łomot. I cisza. Kompletna. Brak jej reakcji postawił mnie na równe nogi. Prosty wniosek – skoro nie płacze, to znaczy, że stało się coś bardzo złego. Pobiegłem do jej pokoju – nic. Do naszej sypialni – nic. Zajrzałem do łazienki – nic! Wyjrzałem na klatkę – też nic. Wołam ją – nic. Zimny pot zlał mi plecy. Gdzie ona jest i dlaczego nie odpowiada???

Co się okazało – Zu pobiegła do łazienki i zdecydowała, że ukryje się przede mną w wannie. Nigdy wcześniej samodzielnie do niej nie wchodziła, więc wywróciła się i uderzyła, pewnie w głowę. Uderzyła się mocno, na co wskazywał poziom łomotu, który usłyszałem. Ale nawet nie pisnęła. Dlaczego? Bo plan tego nie zakładał. A planem było zrobienie ojcu psikusa. Taka sytuacja, jak widać, wymaga ofiar i poświęceń. W innych okolicznościach płakałaby rozpaczliwie.

To pokazuje, jakie cuda może zdziałać motywacja. Gdy jest silna, nawet mały człowiek jest w stanie dużo wytrzymać, aby osiągnąć cel.

Abstrahując od podziwu dla jej determinacji, myślałem, że ją zatłukę. Tak mnie wystraszyła.

oczy

Reklamy