Spacery z Zu – part 2

Im dziecko starsze, tym bardziej trzeba się na spacerach napocić. Mikrus, który dopiero co został włączony w obieg życia pośród innych ludzi, nie ma zbyt wiele do gadania. Wsadzą go do łóżeczka, to leży. Położą na macie – też leży. Wcisną do wózka – również. Niemowlak w gondoli może się bezpiecznie poruszać – nie ma zagrożenia, nie wypadnie. Komplikacje obsługowe zaczynają się, gdy gondolę zmienia się na spacerówkę, dla niewtajemniczonych – taki wózek, gdzie się siedzi, a nie leży.

IMG_1842

Dziecko wtedy widzi coś więcej, niż niebo. Skoro widzi, reaguje – zaczyna więc kreślić własne scenariusze zdarzeń pożądanych, niekoniecznie spójne ze scenariuszami dorosłego. I tak Zu, gdy zauważy coś interesującego, wskazuje palcem, po czym wijąc się, prężąc i wydając rozliczne odgłosy niezadowolenia, żąda uwolnienia z pasów. Spróbuj, nieszczęśniku, się postawić – klęska! Oczywiście w teorii władza wciąż jest, w końcu można dziecko odpiąć z pasów i wypuścić, lub nie. Spróbuj jednak nie wypuścić. Zmierz się z bezmiarem nieszczęścia, które niemowlak zaserwuje ci spojrzeniem pełnym krzywdy i wyrzutu. Jeżeli jednak pokierujesz się głosem miękkiego serca i uwolnisz mikrusa z pasów, postaw krzyżyk na planach spacerowych, które właśnie realizowałeś. Zu w takiej sytuacji wykorzystuje moją słabość do maksimum – nie ma najmniejszej szansy, aby pozwoliła ponownie zniewolić się pasami w wózku. Gdy jeszcze nie chodziła, było łatwiej – po pewnym czasie uznawała, że nie jest w stanie przemieścić się sama, więc po dogłębnej eksploracji miejsca, w którym została wyzwolona, szła na kompromis i dawała się ulokować w wózku najwyraźniej licząc, że kolejne miejsce, które wybiorę, będzie jeszcze ciekawsze.

Teraz, gdy jest samobieżna, stosuje wobec mnie zasadę ograniczonego zaufania i sama wybiera kierunek dalszej podróży. Niemowlak wie lepiej, wiadomo. To rodzi problemy i rozmaite sytuacje konfliktowe. Zu ma to szczęście, że w jej rozumie nie występuje pojęcie „obiektywnego ograniczenia”. Odbiera świat jako poligon nieustających eksperymentów w duchu „no risk, no fun”. Jeżeli uznaje, że jedynym słusznym kierunkiem ucieczki przed łapami ojca jest wielopasmowa arteria miejska, gna w jej stronę, a próby zmiany kierunku jej marszu odbiera jako niecny sabotaż i wyje niemiłosiernie.

Najgorsze, że w swych ucieczkach realizuje również strategię „no fear”, co w praktyce oznacza bieg ile sił w nogach w bliżej nieznanym kierunku bez opcji oglądania się za siebie. Czasem mam wrażenie, że gdyby nie rodzicielska interwencja, zatrzymałaby się trzy kilometry dalej i ze zdziwieniem stwierdziłaby, że nie ma ojca.

Najbardziej lubię spacery o spontanicznej marszrucie. Taki ostatnio przydarzył nam się w centrum i zakończył się dla mnie istotnym odkryciem. Trafiliśmy na Plac Piłsudskiego i okazało się, że jest to idealne miejsce dla Zu. Kilka hektarów płaskich, idealnych do biegania kamiennych płyt. Stawiałem ją na środku placu, puszczałem, obierała kierunek i dzida. Biegła, aż skończył się plac, po pewnym czasie ruszałem w pogoń, aby złapać ją zanim zacznie się wspinać na wartowników przy Grobie Nieznanego Żołnierza czy zwiedzać korytarze Victorii. I tak dwadzieścia, może trzydzieści razy. Maraton.

 Zu Victoria

Gdy zaczęło się ściemniać, włączyli listwę świetlną, która wprowadziła Zu w stan hipnozy.

zu neon 1 Zu neon

Zanim trafiliśmy na Plac, wywąchałem sytuację kryzysową w okolicach, gdzie plecy łączą się z kończynami dolnymi. Jest już chłodno, więc przewijanie dziecka na trawie średnio wchodzi w grę. Uruchomiłem wszystkie dostępne internety w telefonie i znalazłem mapę śródmiejskich lokali typu kids friendly. Zaparkowaliśmy wózek w Rucoli na Miodowej, gdzie przewinięcie Zu zachwiało gospodarką wodną mojego organizmu – wypociłem ze dwa litry. Przewijak mniejszy niż dziecko, Zu postanowiła odtańczyć sambę na leżąco, jedną ręką ją blokowałem aby nie spadła, drugą próbowałem zapobiec skażeniu całego pomieszczenia. Dostałem trzy kopniaki w twarz. Zu bawiła się tym lepiej, im ja silniej zieleniałem na twarzy. Tak niemowlak rozumie współpracę.

Po akcji zamówiłem coś dla niej (zupę z cukinii – zdrową) i dla mnie (pizzę – niezdrową). Zjedliśmy na odwrót, tak wybrał niemowlak.

Epilog:

Po sprintach po Placu Piłsudskiego wcześniej opisywany problem pojawił się ponownie – jak wiadomo, aktywność fizyczna korzystnie wpływa na pracę jelit. Samochód był blisko, musieliśmy odebrać G. w przeciągu 15 minut, więc nie było czasu na szukanie kolejnej knajpy. Kilka razy próbowałem przewinąć dziecko na kanapie w aucie – tragedia, dla mnie, dla Zu a przede wszystkim dla auta. Trzeba było podejść do zadania ze świeżym spojrzeniem. Otworzyłem bagażnik i stwierdziłem, że spełnia wszystkie kryteria przewijaka – stosowna powierzchnia, bandy z każdej strony, dziecko nie zwieje – bezpiecznie. Rzeczywiście – minuta i było po sprawie. Bonusem były spojrzenia przechodniów, gdy pakowałem niemowlaka do bagażnika, zwłaszcza, że akcja miała miejsce pod lokalem „Meta, seta, galareta”. Ale policja ani rzecznik praw dziecka nie interweniowali.

Reklamy