Gadżety Zu: huśtawka

Zu na pierwsze urodziny dostała prezenty. Dużo prezentów.

Jednym z nich była huśtawka – model oldschool, na czerwonych linach z drewnianymi szczebelkami. Ci, którzy urodzili się w PRL, pamiętają i wspominają z rozrzewnieniem. W epoce niedoborów taka huśtawka to było coś – wobec braku finansowanych przez unijne euro placów zabaw, jedyną alternatywą były znieświeżone zazwyczaj trzepaki. Były one jednak ogólnodostępne – aby skorzystać, trzeba było wywalczyć sobie miejsce w hierarchii osiedlowej. Huśtawki wisiały w domach, dzięki czemu ich dysponenci mogli robić szczegółową, wnikliwą selekcję i zapraszać tylko wybranych.

Nie miałem w domu huśtawki. Bujałem się u znajomych, po prośbie. Zawsze chciałem mieć swoją huśtawkę, więc zareagowałem sentymentalnie, gdy dostała ją Zu.

Należało ją zamontować i korzystać. Po prostu. Nie wydaje się to zbyt skomplikowane, jednak to proste tylko wtedy, gdy podejmie się szybko decyzję lokalizacyjną i ją wykona. My ugrzęźliśmy na etapie wyboru miejsca. Debata trwała niespełna rok, huśtawkowi darczyńcy zapewne się niejednokrotnie w skrytości poobrażali, że prezent nie został zainstalowany. Czas płynął. Przełom nastąpił, gdy między mną a G. doszło do sytuacyjnych spięć. Wtedy, nie bardzo wiedząc, co począć z wewnętrznym, przederupcyjnym bulgotem i ogólną irytacją, postanowiłem przekuć je w czyn. Haki, śruby, kołki, wiertarka, prąd, zacięta mina. Wybrałem pierwsze miejsce z brzegu, wywierciłem, wstawiłem kołki, umocowałem wszystko. Gdy byłem już na etapie serwowania G. dumnych spojrzeń samca, który poradził sobie zarówno z negatywnymi emocjami, jak i wyzwaniami natury technicznej, całość moich dokonań zwaliła mi się na głowę. Dobrze, że bez dziecka w środku. Okazało się, że trafiłem w pustą przestrzeń między płytami sufitowymi, zapewne jedną, jedyną na cały sufit. Pech. Gdy robię zakupy, zawsze wybieram kasę, do której stoi się najdłużej, kończy się papier w terminalu, panie się akurat zmieniają, system się blokuje. Tu trafiłem w pustkę, która zniweczyła plany i pogrążyła mnie w poczuciu technicznej niemocy.

Pofrustrowałem się tym nieco, po czym udałem się do sklepu z rzeczami, które miały mi pomóc zakotwiczyć huśtawkę w sufitowej pustce. Rozwiązanie tej sytuacji postawiłem sobie za punkt honoru, nie mogłem pozwolić, aby wielkie, rozwiercone sufitowe dziury przypominały mi co chwila o deficycie talentów technicznych. Udało się. Po montażu przeszedłem do fazy testów. Tak, jak dziesiątki ciężarówek sprawdzają wytrzymałość mostu jeżdżąc w tą i z powrotem, uwiesiłem się swoimi zbliżającymi się do trzech cyfr kilogramami na linach. Konstrukcja wytrzymała, wisi do dziś.

huśtawka1

Zu przyjęła tą okoliczność z właściwym entuzjazmem. Często korzysta. Uwielbia się huśtać, wydaje przy tym radosne dźwięki. Najbardziej lubi ataki bestii. Atak bestii polega na nagłym wyskoku rodzica zza rogu i ataku z użyciem zębów, skierowanym na nogi i korpus niemowlaka. To, co najwyraźniej Zu w huśtaniu się nie odpowiada, to samotność. Wielokrotnie zapraszała mnie, abym się dosiadł, jednak rozmiar mojej partii zadniej całkiem eliminuje taką możliwość, nie wspominając o ograniczonym zaufaniu do wytrzymałości konstrukcji. Zu rozwiązała ten problem w inny sposób. Tuż obok huśtawki ze ściany sterczy pręt, zwisa z niego drut, na którym wisiał kiedyś designerski globus, który po kolejnym upadku na ziemię poddał się. Na końcu druta, tam, gdzie powinien być globus, siedzi sobie filcowy wilk. Czemu? Bo tak. Zu zauważyła go i od pewnego czasu, ilekroć siada na huśtawce, każe mi huśtać również wilka na drucie. Sprawa towarzystwa rozwiązana.

huśtawka