Usypianie, czyli granice cierpliwości

Uruchamiając bloga obiecałem sobie, że nie będę robił z niego cukierka na temat rodzicielstwa, nie będę ograniczał się do wpisów o wspaniałych chwilach i jakże śmiesznych sytuacjach wywołanych przez Zu. To naturalne, że łatwiej i przyjemniej pisze się o aspektach lekkich i przyjaznych. Dlaczego? Ponieważ to przyjemne dla piszącego i buduje obraz beztroskiego ojcostwa, ale taki obraz jest tyle podświadomie pożądany, co nieprawdziwy. W związku z tym postanowiłem czasem popełnić tekst zainspirowany ciemniejszą stroną doświadczeń młodego ojca, czyli sytuacjami, w których zdarzają się porażki, zawody i frustracje. O nich pisze się trudniej, jak sądzę dlatego, że dotykają naszych wad, ułomności i granic, do których zazwyczaj się niechętnie przyznajemy.

Zapewne większość rodziców zgodzi się, że najpopularniejszym źródłem trudnych doświadczeń jest usypianie dziecka. O tej z pozoru prostej czynności krążą historie rodem z horrorów.

Ja, szczęśliwie, horroru nie doświadczam. Nie musimy wozić Zu przez trzy godziny dookoła domu samochodem z tą konkretną muzyką ustawioną na tym konkretnym poziomie głośności. Radzę sobie bez wielogodzinnych popisów wokalnych, czym prawdopodobnie zdemolowałbym słuch oraz gust muzyczny mojej córki. Ale nie zawsze jest łatwo.

Dla mnie problemem, ale jednocześnie lekcją pokory, jest ograniczona możliwość przewidzenia, czy się uda, ile czasu to zajmie i jakie czynności trzeba będzie wykonać. Kolejnym utrudnieniem jest ciągła zmiana, jaka zachodzi w Zu – patenty, które świetnie się sprawdzały jeszcze miesiąc temu, teraz są całkowicie bezskuteczne. Cała energia poświęcona na wypracowanie efektywnych schematów usypiania niemowlaka idzie w komin. Trudno. Jednak największym problemem jest brak cierpliwości.

Przystępując do usypiania dziecka mimowolnie planuje się przebieg tej czynności – zakładam, że przykładowo damy radę w 20 minut, bo jest zmęczona, mało spała. Poza tym za pół godziny jest fajny film w TV / mamy plan pogadać z G. o kilku sprawach nie cierpiących zwłoki / padam na twarz więc chcę zalec na sofie i tkwić w bezruchu. Pełen entuzjazmu biorę Zu na ręce i zaczynamy. Kurs w jedną stronę, kurs w drugą, obserwacja. Chodzę, chodzę, nic. Morfeusz daleko. Normalne, przecież nie zaśnie w trzy minuty. Chodzimy dalej, zmiana pozycji na bardziej leżącą, ręce bardziej bolą ale przewidywana skuteczność wzrasta o 50%. Chodzimy. Mijają minuty, coraz ich więcej i więcej. Pojawia się iskra nadziei – Zu zaczyna lekko mrużyć oczy, ziewa, stawia coraz mniejszy opór. Jest! To już zaraz się stanie. Jeszcze parę kroków, jeszcze kilka kursów w tą i z powrotem. Gdy już niemal widzę ją śpiącą w łóżku, nagle bez powodu otwiera oczy na całą możliwą szerokość. I patrzy. Na mnie. Tak po prostu. Aaaaa!

Powstrzymuję irytację, w końcu nic się nie stało. Czuję jednak, że ręce lekko mi drętwieją, a zniecierpliwienie wypiera czułość. Ale nic, trzeba powstrzymać złe emocje i grać dalej. Z powrotem na ręce i chodzimy. Znowu lekko odpływa, znowu mam nadzieję, znowu w momencie kulminacyjnym Zu przerywa nić nadziei prężąc się nagle, jakby właśnie wstała i szykowała się do aktywności. Nie!

Za trzecim razem w końcu zamyka oczy, kładę ją do łóżka, na palcach wychodzę, zanim zamknę bezszelestnie drzwi, słyszę:

bułeeeeeeeeeeeeeeee!!!!

Na całe gardło. Przewidywane w planie 20, 30 czy 60 minut już dawno minęło. Narasta we mnie agresja, trzeba to nazwać po imieniu. Czuję się z tym marnie, nie chcę takich emocji przenosić na dziecko, ale ewidentnie czuję, że docieram do granic wytrzymałości, nie chcę ich przekroczyć. Czasem udaje się zdusić te emocje, czasem kapituluję i proszę helpdesk – czyli G. – o przejęcie Zu, aby odetchnąć i oczyścić się ze złych emocji. Te na szczęście szybko mijają.

Problem w tym, że próg frustracji jest za każdym razem gdzie indziej i ciężko przewidzieć, kiedy ze złości zaczną drętwieć ręce. Wpływa na to masa czynników – zmęczenie, nastrój czy zapas dobrej energii, który można uruchomić. Ta nieprzewidywalność uczy pokory i czyści człowieka z nadmiaru pewności siebie.

Często w sytuacjach kryzysu zastanawiam się, jak wielkim wyzwaniem jest samotne wychowywanie dzieci, sytuacja, gdy nie ma drugiej osoby, której można przekazać dziecko, gdy sił brak. To dla mnie niewyobrażalne.

Najważniejsze, że te wszystkie zmagania kończą się mniej lub bardziej wymęczonym sukcesem. Potwór w końcu musi usnąć, choćby z braku sił do dalszej walki z rodzicami.

zdjęcie