Drugie takie spokojne

Od kiedy Basia jest z nami, siłą rzeczy porównujemy ją z Zu, zastanawiamy się, jakie są teraz, jakie będą, przyglądamy się ich temperamentowi i zwyczajom. Przypominamy sobie często, jak Zu zachowywała się i reagowała w podobnych sytuacjach, z którymi mierzy się teraz Basia. Ogólnie rzecz biorąc – jest spokojniejsza. Ale właśnie: ona? A może my?

Często się słyszy, że drugie dziecko jest znacznie spokojniejsze, współpracujące, jakieś takie bardziej user-friendly. Wcześniej nie zastanawiałem się nad tym specjalnie, ale od kiedy rezydujemy w naszym lokum we czwórkę (nie licząc Kozaka), raz po raz konfrontuję się z tą obserwacją. Zastanawiam się, co właściwie o tym decyduje. Pierwsza refleksja – takie ma usposobienie. Tyle. To jednak kolejny przykład sytuacji, w której dość bezrefleksyjnie kupuję pierwsze, najprostsze wytłumaczenie. Gdy sięgnąć głębiej, robi się ciekawiej.

Myśląc o tych różnicach zaczęliśmy z G. analizować, jak się zmieniamy jako rodzice. Co się działo z nami, gdy mierzyliśmy się z pierwszym dzieckiem, co się dzieje teraz. Wniosek jest dla nas prosty – abstrahując od różnic w temperamencie Zu i Basi, bardzo duże zmiany zaszły w nas samych. Gdy po raz pierwszy przebieraliśmy Zu, trzęśliśmy się ze stresu. Pierwsze przebieranie Basi łączyłem z pełną spokoju konwersacją z G. i wymianą wzajemnych obserwacji. Pierwsza próba noszenia Zu na rękach obfitowała w wiele wyzwań – trzeba było zapanować nad drżeniem rąk, uważać na jej głowę, wytłumaczyć sobie, że damy radę i nie zrobimy jej krzywdy. Parę godzin po narodzinach Basi po prostu wziąłem ja na ręce, wiedziałem jak, miałem więcej przestrzeni, aby skoncentrować się na niej, a nie na swoich obawach. Tak w zasadzie było – i jest – z każdą czynnością obsługową, na każdej płaszczyźnie kontaktu. Nie oznacza to, że kontakt z Basią jest bardziej zwyczajny, pozbawiony tych wszystkich wielkich emocji, podkręconych obawą i stresem. Ten kontakt jest inny, spokojniejszy, bardziej opanowany, pewniejszy. Z Zu, zwłaszcza na początku, było wariacko. Z Basią jest ciszej. Wydaje się więc, że nasz spokój promieniuje na nasze dziecko. Jak wiadomo, wspominałem o tym zresztą we wcześniejszych tekstach, dziecko ma wbudowany mechanizm bezbłędnej detekcji napięcia – natychmiast je rozpoznaje i samo się usztywnia. Basia usztywnia się rzadko.

Swoja drogą, to zabawne, jak wiele sprzeczności łączy posiadanie dwójki dzieci. Z jednej strony, bazując na zdobytym już doświadczeniu, można przekazać dziecku więcej spokoju i opanowania. Z drugiej – pojawienie się drugiego dziecka wprowadza dodatkowy element chaosu do rodzinnego życia, czas przyspiesza, tempo życia również. Częściej robi się nerwowo, jest więcej zmęczenia, które potrafi działać jak zapalnik i rozniecać wojny domowe. Jak to wszystko ogarnąć..?

19 ALBATROS005

Ilustracja  z książki ‚Tata w Budowie’ Maria Apoleika / Psie Sucharki

Niedziela w Polskim Radio – wywiad

W niedzielę skorzystałem z zaproszenia Kuby Kukli i wybrałem się w Al. Niepodległości zwiedzić szklany biurowiec Polskiego Radia. Miło się rozmawiało! Nic nie wytrąci mnie z przekonania, że radio to najfajniejsze medium. Lubię radio.

Zapraszam – link do audycji:

polskieradio24 – Tata w Budowie

pr24 logo

 

 

Day off. U Prezesa

Tym razem, po raz pierwszy, nie będzie o dziecku. Ani o jednym, ani o drugim. Dzieci mają blogowy day off. Dlaczego? Ponieważ day off zaliczyłem ja.

Przez cały rok szukam pretekstu, aby ruszyć w Bieszczady. Wymyślam różne historie, aby przekonać G., że muszę tam pojechać. Dziesiątki mniej lub bardziej racjonalnych powodów. Swego czasu, w erze wczesnej kawalerki i braku zobowiązań, potrafiłem tam pojechać sześć, nawet osiem razy w roku. Mój rekord to pobyt, który trwał 8 godzin. Razem ze snem. Pokonanie tysiąca kilometrów po to, aby spędzić gdzieś osiem godzin wydaje się szczytem nonsensu, ale będę się upierał, że było warto. Te czasy bezpowrotnie minęły, pożegnałem się z nimi bez rozdzierającego żalu, raczej z sentymentem i planem powrotu tam z G., Zu i Basią, jak dzieci będą wystarczająco duże, aby pospacerować po górach i pojeździć konno. Ten plan ma jednak jeden zasadniczy mankament: to perspektywa lat. Długich lat. Dlatego raz na jakiś czas odzywa się we mnie głód tego miejsca, który ciężko zaspokoić.

panorama

Ostatnio pojawił się, jak co roku, konkretny powód. Trzeba było zawieźć w bieszczadzkie okolice kilka ważnych rzeczy i dostarczyć je ludziom, którzy tych rzeczy potrzebowali. Zgłosiłem się na ochotnika i ruszyliśmy. Wycieczka z kategorii niemal równie ekstremalnych, co wyżej wymieniona – tylko jedna noc – ale temat został podjęty bez wahania.

Ilekroć jeżdżę w tamte rejony, zawsze ląduję w jednym miejscu – w Chmielu, u Prezesa. Prezes to bieszczadzka legenda, człowiek, który siedzi tam od wielu lat, przeżył setki interesujących historii, którymi się czasem dzieli z gośćmi. Prowadzą wraz z Asią pensjonat, mają piękną stajnię pełną koni i grono miłośników w całej Polsce. Byłem tam dziesiątki razy, zawsze czuje się jak u siebie, zawsze jest ciepło i przyjaźnie. Zawsze przywożę tam zwyczajowy warszawski pośpiech, a wyjeżdżam z jedynym w swoim rodzaju chillem, owianym wszechobecnym zapachem koni. G. po powrocie goni mnie po domu żądając, abym natychmiast wyprał ubrania, bo śmierdzą. Mi tam nie śmierdzą. Lubię.

IMG_3525

Podobne miejsca mają jedną wspólną cechę – zatrzymują czas. On tam nie płynie, raczej wlecze się z wolna. Może dlatego warto tam się wybrać nawet na kilka godzin. Jest czas na wszystko – krótki odpoczynek, wieczorne dyskusje przy winie i dobrej muzyce, którą zawsze zarządza Asia, śniadania z widokiem na Smerek i połoninę. I konie, wokół których wszystko się tam kręci. Marny ze mnie jeździec, ale ilekroć tam jestem, nie mogę sobie odmówić. Siodłamy z Prezesem konie i ruszamy w góry pospacerować.

siodło

To dla mnie kwintesencja Bieszczad – konie, cisza (ponieważ jadąc konno jakoś głupio gadać w kółko), góry, przestrzeń. Wszystko, czego potrzeba, aby odpocząć i przywrócić naturze właściwe proporcje, które w mieście są kompletnie zaburzone. Nie jeżdżę zbyt często, więc po powrocie zad (mój, nie koński) trochę pobolewa, ale to nic przy skali frajdy, jakiej się doświadcza. Kilka razy brałem udział w rajdach końskich – wtedy rusza się na kilka dni w góry, śpi się koło konia na trawie modląc się, aby w nocy nie padało. Wieczorem popija się herbatę z ogniska i krupnik w półlitrówki, każdy robi to, na co ma ochotę, a i tak wszyscy lądują przy ogniu, nieśpiesznym opowiadaniu i wspólnym jedzeniu tego, co udało się przytaszczyć w końskich sakwach. Polecam. Bardzo.

smerek

Czy fajnie jest wyjechać czasem gdzieś bez dzieci? Fajnie. Nie jestem co prawda typem rodzica, który specjalnie często szuka pretekstu, aby zwiać z domu; czasem jednak warto, dla zachowania higieny psychicznej, wypuścić się na chwilę, aby nabrać dystansu i zrobić coś przyjemnego. Dobrze oczywiście uzgodnić to z szefostwem; na szczęście G. wydała przepustkę. Ona ma póki co ograniczone możliwości zrealizowania podobnego scenariusza, jednak jak Basia trochę podrośnie, odwdzięczę się, obiecuję to sobie i jej. Co prawda ilekroć wyjeżdżam, G. zwalają się na głowę nieoczekiwane scenariusze typu choroba dzieci / coś się psuje / inne, ma wtedy znacznie więcej pracy z ogarnianiem wszystkiego, niż plan przewidywał; traktuję to jako czytelny sygnał, abym nie nadużywał takich wypadów i nie narażał się na gniew G.

Wracając do Bieszczad – ciężko stamtąd wyjechać. Trochę boli.

Zdaję sobie sprawę, że ten wpis jest podejrzanie laurkowy; ale uwierzcie mi, nie przesadzam. Za wszystko ręczę, jak napisałem, tak jest. Pojedźcie i sprawdźcie sami.

onie

Krótki poradnik, jak nie dać się uśpić

Znowu to zasypianie. Temat wraca jak bumerang; to najlepszy dowód na to, jak mocno traumatyzujące właściwości ma ten proces dla rodzica.

Staramy się utrzymywać jakikolwiek rytm dnia, swego czasu zauważyliśmy, że działa to bardzo stabilizująco na dzieci. Rytuały mają swoje plusy, ale i cenę – bez względu na chwilowy poziom energii własnej należy je wykonać i tyle. Usypianie jest rytuałem podstawowym; staramy się więc szczególnie o ten aspekt dbać, aby nie dopuścić do sytuacji, w której Zu o północy lata jak oszalała po domu, a rano jest marudzącym trupem. Jest w tym solidna porcja interesu własnego – gdy wszystko idzie zgodnie z planem, o 21:00 zaczyna się życie dorosłych. Dzieci śpią.

Nie zawsze idzie.

Zu, jak każda istota ludzka, nie zawsze ma ochotę spać. Zderza się wtedy z naszą ochotą, aby spać jednak poszła. Ochota ta często przeradza się w desperację. Zu już pewien czas temu zorientowała się, że wchodzenie w otwartą konfrontację i otwieranie szerokiego frontu wojny domowej w tej materii jest mało skuteczne; co prawda realizuje swój cel – nie śpi – dzieje się to jednak sporym kosztem, wszak rodziców trafia wówczas szlag, latają po domu z czerwonymi od nadmiaru złych emocji twarzami i jest ogólnie mało przyjemnie. Przyjęła więc inną strategię – najogólniej mówiąc, strategię demonstrowania potrzeb podstawowych, do których prawa nie sposób jej odebrać. Jak to wygląda w praktyce?

Kładziemy się do łóżka. Zazwyczaj G., czasem ja. Leżymy, czytamy, coś się dzieje więc Zu nie protestuje. Kończymy czytać, więc czas na kultową kołysankę – ‚a a a, ko ki ka’ (czyli kotki dwa). Gdy kończymy, zapada cisza. Ta cisza to z jednej strony wyraz naszej nadziei, że wszystkie podjęte zabiegi zaowocują szybkim i bezproblemowym wepchnięciem Zu w objęcia Morfeusza. `Z drugiej, jest jasnym sygnałem dla Zu, że atrakcje się właśnie skończyły i robi się w sumie nudnawo. Gdy poziom nudy osiągnie punkt krytyczny i zarazem nie spotka się z wystarczająco silnie zniechęcającym Zu do protestów zmęczeniem, zaczyna się show fizjologiczny. I nie tylko.

Cisza, ta wspaniała, słodka cisza, do której często tęsknimy cały dzień, nagle znika.

– Tato, siku.

Wiem, że to ściema, w końcu opróżniałem nocnik godzinę temu. Z drugiej strony przecież nie odmówię dziecku możliwości zrealizowania tej potrzeby. Hmm. Inteligentne zagranie.

– Proszę, wiesz, gdzie jest łazienka.

Zu wstaje, mija mnie rzucając w moją stronę kilka triumfalnych spojrzeń („nie podskoczysz..!”). Wraca. Kładzie się. Cisza. Kilka minut.

– Tato, piciu.

Przygryzam wargi. Przecież nie odmówię jej wody.

– Dobrze, idziemy do kuchni.

Pijąc wodę patrzy na mnie bezczelnie. Znowu wygrała. Wracamy. Leżymy.

– Zu, śpij już.

-Tato, ale chcę dać buzi Basi.

-Tato, ale chcę przytulić mamę.

-Tato, kremik, swędzi noga.

Ten spektakl potrafi trwać godzinę. Po każdej demonstracji potrzeb Zu wychodzimy z jej pokoju coraz bardziej szarzy na twarzy. Najciekawsze jest to, że Zu nie stosuje prostej konfrontacji w stylu „nie zrobię tego, i już” + płacz + tupanie i inne takie. Ona nas pokonuje inteligencją – dobrze wie, jakich tricków użyć, abyśmy nie mogli odmówić. Wie, co jest skuteczne, a co nie. W związku z jej przewagą intelektualną, nie pozostaje nam nic więcej niż latać po tą wodę, opróżniać nocniki i dawać się przytulać mając nadzieję, że w końcu padnie i da nam nasycić się tą ostatnią godziną, która zostaje do naszej dyspozycji zanim sami zaśniemy.

IMG_6465

‚Zuzia sama’, czyli poszukiwania nieodkrytych zasobów cierpliwości

Zuzia sama.

Te niewinne z pozoru dwa słowa ostatnio stały się źródłem bardzo silnych emocji w naszej rodzinie. Dlaczego?

Ludzkie dziecko od pewnego czasu wybija się na niezależność. To zacna i pożądana postawa, wszak dziecko wraz z biegiem miesięcy i lat powinno w coraz większym zakresie samodzielnie ogarniać otaczającą je rzeczywistość. Taką właśnie skłonność przejawia od pewnego czasu Zu. Jeżeli tylko jest w stanie, przejmuje inicjatywę podczas rozmaitych czynności tak, aby przynajmniej część zadań wykonać osobiście, bez udziału zwierzchnictwa. Tego typu inicjatywy witamy z dużym entuzjazmem – chcemy przecież, aby dziecko było zaradne, samodzielne, ogarnięte. Każda nowa umiejętność cieszy, przy okazji rodzic czasem wręcz puchnie z dumy (‚nauczyłem ją tego, ja!’), ma się czym pochwalić w środowisku, ogólnie pięknie. Istnieje jednak druga strona tego medalu.

Władysław Gomułka rzekł pewnego dnia, że władzy raz zdobytej partia nie odda nigdy. Zu ma podobne podejście do nowo nabytych umiejętności. Gdy uzna, że ma już właściwe kompetencje, przejmuje wszelkie obowiązki wynikające z danej czynności i jest w tym bardzo konsekwentna. Aktualny katalog aktywności, które Zu przejęła na wyłączność, przejawia się następująco (kolejność przypadkowa)

  1. Wkładanie klucza do zamka w drzwiach po spacerze. Ma na to absolutny monopol, co oznacza, że gdy zapomnę jej ten klucz przekazać z odpowiednim wyprzedzeniem, strzela szybkiego Rejtana na klatce schodowej rolując się po podłodze w spazmach rozpaczy. Utrwala to podejrzenia sąsiadów, że jakość naszego rodzicielstwa jest daleka od poziomu „pro”.
  2. Ubieranie się. To proces wielowątkowy, rozciągnięty w czasie. Każda próba pomocy z naszej strony kończy się sykiem – ‚Zuzia sama!!!’. Wszystko fajnie, gdy nie ma deadline’u; można wtedy się delektować samodzielnością dziecka. Gorzej, gdy jesteśmy mocniej osadzeni w przedziałach czasowych i trzeba gdzieś zdążyć. Wtedy pojawia się nerwowość, podniesiony głos, pierwsze oznaki zniecierpliwienia. Zu bezbłędnie je wychwytuje i stosuje triki mające na celu podkreślenie, że łatwo się nie podda. Zaliczają się do nich ucieczki w każdą możliwą stronę, standardowe Rejtany, płacz typu „ci ludzie mnie krzywdzą, pomocy”, a ostatnio – nowość – demonstracyjne rozbieranie się niemal do zera a’la Femen. W sumie jest wspólny mianownik, Zu też protestuje, choć motywacja bardziej przyziemna. Im mniej czasu, tym robi się bardziej nieprzyjemnie. Podnosimy z G. głos, zaczynamy nerwowo latać po domu. Pojawia się wtedy pokusa sięgnięcia po rozwiązania w starym stylu wychowawczym, jednak na szczęście udaje się w porę opamiętać. Pozostaje nerwowe obgryzanie tynku ze ścian w nadziei, że znajdziemy tam dodatkowe zasoby cierpliwości, której standardowe złoża dawno się wyczerpały.
  3. Zakładanie butów. To część procesu omówionego powyżej, jednak zasługuje na osobny akapit. Zu odpowiada w stu procentach stereotypowi płci pięknej w zakresie przywiązania do obuwia. Od wielu miesięcy ma już wyrobiony gust w tej kwestii, nie akceptuje naszych sugestii, kieruje się wyłącznie własną intuicją stylistyczną. Poddaliśmy się, dalsza walka nie miała sensu. Dlatego odwiedzając nas, często można spotkać Zu w majtkach, czapce z nausznikami i w kaloszach, które stanowią clou całej kolekcji. Upiera się i kłóci z nami, chcąc wyjść na dwór w crocsach, gdy za zewnątrz minus 5 i śnieg. Regularnie zakłada buty na odwrót, wie o tym i za każdym razem ostentacyjnie patrzy na nas wzrokiem typu „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”. Po narodzinach Basi wylądowałem z Zu w urzędzie, aby uroczyście wprowadzić noworodka do systemu. Czekaliśmy na korytarzu, przed nami usiadła kobieta z małymi dziećmi, spojrzała na Zu, potem na mnie tym wzrokiem i zapytała od niechcenia: ‚Niech zgadnę, Pan ją ubierał, prawda..?’. Co za dyskryminacja! Nie, nie ja! I to nie ja jestem winien, że ma lewego buta na prawej nodze i na odwrót. To jedna z koncepcji używania obuwia, której nie sposób jej czasem wyperswadować. Co z tego, że jej niewygodnie; czuje to przecież, ale tak ma być. I koniec.
  4. Spacery. Od pewnego czasu Zu żąda, aby uwzględniać jej sugestie przy wyborze trasy i celu podróży. Oznacza to czasem, że w środku lasu stwierdza, że teraz w lewo. Znaczy tam tato. Gdy zaczynam jej tłumaczyć, że musimy w prawo, bo tam jest dom, a z tej oto chmury nad nami za moment spadnie deszcz, grad i całe pozostałe zło, Zu patrzy na mnie obojętnym wzrokiem i wypowiada zaklęcie: „Zuzia sama”. Po czym idzie w lewo. Zrobiłem kiedyś eksperyment i przestałem za nią iść, powiedziałem jej tylko, że ja idę w prawo i że na razie i pa. Schowałem się za drzewem i czekałem, aż wystraszona odwróci się po kilku krokach i zacznie wołać ojca, który wtedy triumfalnie przytuli ją i wytłumaczy, że warto słuchać taty, bo tata wie co w danej chwili dla dziecka dobre. Nie odwróciła się po kilku krokach. Nie odwróciła się w ogóle, zniknęła mi z oczu, nie wołała ojca, po prostu szła tam, gdzie zaplanowała. Gdy zacząłem ją gonić, aby jej nie zgubić, spostrzegła to, jeszcze przyspieszyła, żebym jej czasem nie dogonił. Zuzia sama.

G. pokazała mi swego czasu w internetach rysunek dwóch kobiet, które idą ze swoimi dziećmi. Jedna z nich pyta drugą: ‚Jak ty to robisz, że twoja córka jest taka samodzielna?’. Druga odpowiada jej – ‚Nic. Po prostu pozwalam jej na to’. Dobrze uchwycone. Warto nawet małe dzieci wypuścić na samodzielność, to procentuje, choć czasem wyżej opisane efekty uboczne mogą doprowadzić człowieka do rozpaczy, a czasem konieczności tłumienia wewnętrznej agresji. Ma się wtedy ochotę gołymi rękami zadusić to nieludzkie dziecko, które z błahych powodów rozwala nam plan dnia. Sęk jednak w tym, że są błahe z naszego punktu widzenia. Tylko naszego.

zu cienie

Warstwy

Po narodzinach Basi dużo z G. obserwujemy Zu. Interesują nas jej reakcje na nową rzeczywistość, patrzymy i analizujemy, jak sobie z nią radzi. Od dłuższego czasu nie musimy walczyć o bezpieczeństwo – Zu zdaje się rozumieć, że Basia to istota delikatna, o którą trzeba dbać; nawet, gdy czasem się zapomni i oprze się o nią / usiądzie na niej / położy jej coś na twarzy / kopnie dla hecy leżak, w którym się buja, zazwyczaj szybko orientuje się, że to słaby pomysł. Skoro jest względnie bezpiecznie, więcej uwagi można poświęcić na głębsze wejście w ten temat.

Jak zazwyczaj przy dziecku bywa, aby coś realnie zrozumieć, trzeba przebić się przez pierwszą warstwę pozornych wniosków. Tej praktyki z różnym powodzeniem uczy mnie od dawna G. Tak jest właśnie z reakcjami Zu na istnienie Basi. Gdy pierwotnie kryzysowa sytuacja się uspokoiła, przestałem się jej przyglądać; wszak wszystko wróciło do bezpiecznej normy, więc po co rozkładać temat na czynniki pierwsze. Basia jest u nas, Zu to akceptuje, zachowuje się normalnie, co tu analizować..? Jak się okazało, jednak warto. Dlaczego? To dobra lekcja o emocjach i sposobach radzenia sobie z nimi.

Jak pisałem wcześniej, gdy G. po raz pierwszy zaczęła karmić Basię w domu, Zu wpadła w furię. Totalną. W końcu się uspokoiła, wszystko wróciło do normy. Trzeba być jednak naiwnym twierdząc, że dwuletnie dziecko w kilka dni poradziło sobie z tak fundamentalnie burzącym jego dotychczasową rzeczywistość problemem, jak fakt, że nie ma już mamy na wyłączność. Wiedząc, że histeria i agresja nie rozwiązuje tego problemu – wszak rodzice na widok aktów rozpaczy Zu nie usunęli noworodka z domu – należy szukać innych rozwiązań, które oswoją temat. Zauważyliśmy, że Zu z uwagą zaczęła obserwować wszelkie rytuały, które G. odprawiała z Basią. Po pewnym czasie zaczęła brać w nich coraz bardziej aktywny udział.

Pewnego dnia Zu wzięła swoją lalkę, podciągnęła koszulkę do góry, przytuliła ją do klatki piersiowej w identycznej pozie, w jakiej G. karmi Basię. Pierwsza reakcja – ale to zabawne, dziecko naśladuje Cię, udaje, że karmi. Jest co opowiadać na spotkaniach rodzinnych. Dopiero G. zwróciła mi uwagę, że istnieje głębsza płaszczyzna rozumienia tej reakcji – kopiując zachowania mamy, Zu szuka swojego sposobu na radzenie sobie z tą trudną dla niej okolicznością; zamiast walczyć z mamą, aby przestała karmić Basię (bo to wkurzające dla Zu), próbuje się symbolicznie włączyć w tą sytuację, pójść z jej prądem, równolegle. Chce być jej częścią, mieć aktywny w niej udział. Reaguje tak na wielu płaszczyznach, często prawdziwie nas wzruszając. Gdy robimy Basi wieczorną toaletę, Zu podstawia swój stołeczek, staje na nim tak, aby widzieć, co się dzieje na przewijaku i asystuje przy każdej czynności, komentując wszystkie zdarzenia live i przyjmując rolę audytora, który sprawdza po checkliście, czy ojciec nie zapomniał o żadnej z istotnych czynności obsługowych („tato, Basi oko, tato, pielucha, tato, skarpetka”). Gdy Basia zaczyna płakać, Zu spontanicznie podchodzi do niej, głaszcze ją po twarzy szepcząc cicho te same słowa, jakie wypowiada G. próbując uspokoić lamentujące niemowlę. Robi to, ponieważ czuje, że tak trzeba się zachować, bierze na siebie mikroskopijną, ale jakże ważną część odpowiedzialności za tą sytuację.

To dla mnie potwierdzenie, że dzieci to całkiem mądre istoty, od których wiele można się nauczyć; wystarczy choć na chwilę zatrzymać się i spróbować zrozumieć, co tej dwulatce siedzi aktualnie w głowie.

zu i basia3

Reaktywacja. I znowu o braku pokory

Minęły już dwa miesiące, od kiedy Basia do nas dołączyła. Dwa miesiące to dużo, jak na urlop od pisania. Klawiatura zaszła kurzem. Wracam.

Ludzie mają różne strategie, gdy wiedzą, że zbliża się moment narodzin dziecka. Jedni tworzą rozmaite scenariusze, budują schematy zachowań, próbując przewidzieć wszystko, co się da. Zapewne po to, aby uniknąć zaskoczeń, konieczności spontanicznej gry z nową rzeczywistością i wynikających z niej komplikacji. Taka strategia jest z pewnością niegłupia, na pewno – bezpieczna. Ja zawsze byłem marnym planistą, preferowałem akcje spontaniczne, co czasem niosło pewne ryzyko wynikające z natury freestyle’u. Pozostałem temu podejściu wierny i tym razem. Dodatkowo, dwuletnie obcowanie z dzieckiem nauczyło mnie, że planowanie czegokolwiek ma wymiar czysto teoretyczny i rzadko skutkuje jakimkolwiek spotkaniem z rzeczywistością. Aby uniknąć niepotrzebnych frustracji, zdecydowałem się czekać na narodziny Basi bez wyraźnych akcji przygotowawczych.

Obyło się bez nadmiaru stresu. Włączyła się pierwsza faza próżności (przecież mamy już dziecko, wiemy, co i jak; proste – ?), na etapie ciąży – niegroźna i niepodlegająca weryfikacji przez rzeczywistość. Gdy termin porodu się zbliżał, stres narastał, był jednak związany głównie z logistyką związaną z Zu, czyli: jak to wszystko zorganizować, aby nie kojarzyła potem narodzin Basi z nerwową bieganiną, wrzucaniem jej na szybko do dziadków, bez czasu na spokojne wytłumaczenie, gdzie właśnie wybiera się G., co się tam zdarzy i dlaczego nam się tak bardzo śpieszy. Szczęśliwie udało się, dziękować Bogu za czas, który nam dał, aby wszystko ogarnąć i bez korków dojechać do szpitala na czas.

Gdy Basia dołączyła, ale wraz z G. wciąż rezydowała w szpitalu, moim priorytetem było zaopiekowanie się Zu tak bardzo, jak tylko potrafiłem. Były rozmowy, przytulenia, uważnie dobrane słowa, mające zachęcić ją do zaakceptowania nowej rzeczywistości. Gdy produkowałem te treści i serwowałem je Zu, miałem wrażenie, że nadaje im rangę porównywalną z tym, że pies właśnie spadł z kanapy albo że kanapka jest z serem, a powinna być z dżemem. Może poziom abstrakcji był zbyt wysoki. Nie wiem. W każdym razie reagowała spokojnie, bez rozpaczy. Wszyscy przygotowywaliśmy się na pierwsze spotkanie w komplecie, w domu. W końcu przyjechaliśmy. I co?

Patrzyliśmy w napięciu, co się wydarzy. Zu podeszła do nosidła, spojrzała, poszła do pokoju po zabawkę, przekazała ją Basi, uśmiechnęła się. Pomyślałem – jest świetnie, lepiej, niż się spodziewałem, te wszystkie historie, które się słyszy, są na wyrost. I włączyła się u mnie druga faza próżności – „MY sobie na pewno poradzimy, JA ogarnę, przecież jestem świadomym rodzicem”. Gdy mój mózg zalewała fala samozadowolenia, G. przystawiła Basię, aby zaserwować jej pierwszy posiłek w warunkach domowych. Patrzyłem na nie, próżność uśpiła czujność, patrzyłem wciąż pogrążony w klimacie idylli. I do akcji wkroczyła Zu. Gdy zorientowała się, że Basia jest czymś więcej niż interaktywną lalką, że ma taki dostęp do G., jaki dotąd miała tylko ona – dostała szału. Jej histeria błyskawicznie wyrwała mnie z otępienia. To był prawdziwy kubeł zimnej wody, cała cysterna, która wylała się nam na głowy. Chcieliśmy uspokoić Zu i zapanować nad sytuacją, położyliśmy się razem na łóżku. Zły pomysł – Zu zaczęła wierzgać nogami ze złości, mało co nie zrobiła Basi krzywdy.

Po kilku chwilach ochłonęliśmy. Myślę, że to się musiało stać, aby wzbudzić w nas zdroworozsądkowe myślenie o bezpieczeństwie w takich sytuacjach. Gdyby nie ten trudny debiut, może popełnilibyśmy poważniejszy błąd. Kto wie. W każdym razie po kilku dniach Zu nabrała spokoju. Czasem wkurza się na niemowlaka. Normalna rzecz. Jest jednak dość bezpiecznie, staramy się budować w niej umiejętności wyładowywania złości w sposób, który nikomu nie zagraża. Niełatwa rzecz – wielu dorosłych, świadomych ludzi ma z tym przecież problem, a co dopiero dwulatka. Ale trzeba wierzyć, że się uda.

Wbrew klimatowi tego wpisu zapewniam, że jest fajnie. Trudno, ale fajnie. Dlaczego trudno? To temat na wiele innych wpisów. To be continued.

basia misiek