Ludzkie dziecko

Oglądałem ostatnio program przyrodniczy w telewizji. Rzecz miała miejsce w niedzielę rano, ból istnienia wynikający z rozmaitych aktywności podejmowanych poprzedniego wieczoru koił głos, o ile pamiętam, Krystyny Czubówny. Program traktował o potomstwu w świecie zwierząt. Dla porównania, przytaczano czasem dla przykładu, jak sprawa wygląda u ludzi. Mówiono wtedy o „ludzkim dziecku”. Ludzkie dziecko. Spodobało mi się to określenie. Odzwyczajam się powoli od mocno przeterminowanego nazywania Zu niemowlakiem, zostanie więc ludzkim dzieckiem.

Dziecko jednak nie zawsze jest ludzkie. Czasem jest bardzo nieludzkie, zwłaszcza, gdy bezlitośnie dręczy osoby, które wydały je na świat. Jest kilka metod, które skutecznie wyprowadzają nas, dorosłych, z równowagi. Zapraszam na przegląd.

1. Badanie granic

To technika, która sprzyja rozwojowi dziecka, więc na chłodno zazwyczaj ją akceptujemy. Gorzej, gdy znajdujemy się w epicentrum tych doświadczeń, mając przy okazji gorszy nastrój i nieprzespaną noc za sobą. Wówczas cierpliwość topnieje. Przykład: bawimy się i spędzamy wspólnie czas. Wtem Zu podchodzi do regału z moimi płytami CD, staje przed nim, odwraca się do mnie i puszcza to jedyne w swoim rodzaju spojrzenie: „wiem, że mi nie wolno; wiedz, że nic mnie nie powstrzyma”. Wiedząc, co zaraz nastąpi, mówię spokojnie, acz stanowczo:

– Zu, nie wolno.

Odwraca się do mnie ponownie i, niby od niechcenia, dotyka niedbale palcami jednej z płyt.

– Zu, nie wolno!

Uśmiecha się diabelsko, patrzy mi prosto w oczy i wysuwa dwie płyty.

– Zu!!!

W tym momencie wyciąga zamaszyście płyty z półki i niczym zawodowy dyskobol rzuca nimi, lecą przez cały pokój, rozbijają się na ścianie. Myśli, które przelatują mi przez głowę, kwalifikują się do aresztu lub interwencji Rzecznika Praw Dziecka. Zu nie słucha się ani trochę, mimo, że dobrze wie, że jej nie wolno. Potem serwuję jej wykład, staram się utrzymać nerwy na wodzy, jednocześnie wykazując się zdecydowaniem. Naiwnie wierzymy, że słowo czyni cuda. Czas pokaże.

2. Woda

Zu uwielbia wodę w każdej postaci, zresztą o tym już było. Czasem spontanicznie inicjuje kąpiel w sytuacjach mało sprzyjających. Sprowadzając to do konkretu – wylewa sobie wodę na głowę, gdy tylko ma taką sposobność. Ta się przytrafia, gdy przykładowo wychodzimy na spacer, proces zbierania się do wyjścia i ubierania jest na finiszu, a ja przypominam sobie, że dziecko przed opuszczeniem domu trzeba napoić. Daję Zu do ręki kubek z wodą, ona szybkim ruchem wylewa sobie całą zawartość na czaszkę, wpadając w ekstatyczny śmiech. Gryząc tynk z wściekłości wykonuję wstecz wszystkie czynności, które właśnie zakończyłem, bo jest mokra do samej pieluchy.

3. W stronę wolności

Od kiedy Zu zyskała mobilność, akcentuje tą umiejętność w rozmaitych sytuacjach. Zazwyczaj wtedy, gdy widzi, że ma szanse uciec i przynajmniej przez pewien czas uzyskać przewagę dystansu. Dzieje się tak, gdy jesteśmy na spacerze, prowadzę wózek, a w drugiej ręce trzymam smycz psa. Wtedy Zu decyduje się na sprint, a ja muszę podjąć decyzję – rzucić wszystko i gonić ją, dać jej biec, biec po nią z psem a zostawić wózek czy może spuścić psa ze smyczy i próbować ją złapać pędząc razem z wózkiem. Jak widać, opcji jest wiele. Bywam niezbyt lotny, więc wybranie najlepszego rozwiązania zajmuje trochę czasu. Wtedy Zu zostawia mnie w tyle i jest z tego powodu bardzo zadowolona. Nie ogląda się za siebie i pruje do przodu jak hot rod.

4. Jedzenie

Zu jada różnie, jak to człowiek. Dygresja: czemu właściwie rodzice za punkt honoru stawiają sobie wieczne faszerowanie dziecka pokarmem? Przecież zdarza się dorosłym, że nie są głodni, nie maja apetytu. Czy ktoś wtedy pakuje im łyżkę pełną jedzenia do ust powtarzając jak mantrę, że trzeba jeść, aby być zdrowym? Nie. A przecież dziecko to człowiek. Po co więc to robić? Przecież jeżeli zgłodnieje, zacznie jeść – po co miałoby się męczyć. Wracamy do wątku – Zu nie różni się specjalnie od innych ludzi i je, gdy jest głodna i ma ochotę napełnić żołądek. Czasem jednak zamienia jedzenie w zabawę, czego osobiście nie trawię. Nabiera w usta kaszę, warzywa czy inną jajecznicę. Ja się cieszę, że dziecku smakuje, czasem jestem wręcz dumny, bo sam przyrządziłem, a talentem kulinarnym nie grzeszę. Nagle, gdy paszcza Zu osiąga limity załadunku, wypluwa wszystko najdalej, jak się da, brudząc siebie, mnie, stół, ścianę, psa, wszystko. Czasem też robi sobie koktajle – do kubka z wodą wrzuca mielonego, marchewkę i kaszę gryczaną, miesza to wszystko łyżką po czym wylewa sobie na klatkę, czasem psu na sierść.

To tylko próbka, Czuję, że na tym odcinku wszystko przed nami. Jeszcze nie raz przyjdzie mi stoczyć walkę z kurczącą się cierpliwością.

zu bieg w lesie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s